Counterfeit

Nowy. Stary.

Ok, no to lecimy. Nieważne gdzie, z kim, do kogo, po co, pewne rzeczy się nie zmieniają, może sny ewoluują w dziwnym kierunku, dlaczego na przykład dziś w nocy ukrywałem cię pod kołdrą, to było takie słabe, że co, w kieszonkę i dalej? Nie da się, tylko wtedy, kiedy byłem dzieckiem, ta jedna kieszonka w koszulki khaki, w której tak chciałem cały czas przebywać, to się nazywał kontakt ojca z synem, a nie to co. To se ne vrati, choćbym nie wiem jak daleko miał lecieć, windą do nieba może, choć nie, dziś znacznie bliżej. Czyli najpierw podróż na złamanie karku na lotnisko, za jedne uśmiech, byle szybciej, te gazety na parkingu, podczas gdy misiaczek-kierowca oglądawszy Polwsad, ja tu na deszczu, wilki, ale pełna kulturka, ma się rozumieć, nie ma na co czekać, no rzeczywiście, to miłej podròży, tia, terminal, podejrzanie wielu uśmiechniętych ludzi, czy już przekroczyłem granicę? Nie, hola hola, przejście przez odprawę, paski-śmaski, potem już można zanurzyć się w leniwym oczekiwaniu, słuchawki w poszukiwaniu nastroju uprzejmie nieprzysiadalnego, do czasy gdy, no bo właśnie, łot e fak, że lot odwołany, kurwać, wszystkie plany właśnie poszły się jebać hyżo, nie mylić z Hyżym, broń Cię Panie Boże Amen. Czyli nie dwie, a sześć godzin podróży via cośtam cośtam. Luuuuuz, nie będzie kolacyjki z ośmiorniczkami i dobrym winkiem, tylko kanapka z salami podawana przez Helgę i ewentualnie łyk sikacza z Aldika, ale tylko łyk, chociaż nie, przecież miałem glejta w ramach przeprosin, linie lotnicze w zamian za zjebane plany zaprosiły na pulpeciki literalnie dwa, odrobinę ryżu i warzywa na parze odgrzane w mikroweli. Zapomniałem z tego wszystkiego o wzruszającej wizycie w lotniskowym kiblu, epicko, jak ten koleś w kabinie obok pięknie pierdnął, na dodatek dźwięk rozdziewiczanej flachy i obrazek przyłapany kątem oka, ćwiara wiśniòwki w folii robiona na hejnał, no jakoś przecież zmiękczyć się trzeba, bo turbulencje. Tylko czy pisać o niczym trzeba? Nie wiem, po wyczekiwaniu, guten abend i tym podobnych paczanie na chmury, zachód słońca, no i po co to wszystko, tak, jak kolejna bardzo ambitna lektura, spłodzona przez młody, a już niespełniony talent Wielkiej Literatury Polskiej, no jak mi przykro, ale wszystkie zdania zostały już napisane, zabiegi formalne zużyte jak kondony na, lub za przeproszeniem w tiròwkach, w sensie paniach, bardziej roznegliżowanych przy trasach w ostatnich dniach, bo wiosna przyszła jakby, więc Andrzej Bober do przewietrzenia. I w sumie nie dziwię się, jestem takim coraz bardziej siwym i pogodzonym ze swoim niepogodzeniem wujkiem (na pohybel wszystkim, a za to się napiję), więc mitrężenie czasu na czytanie nikomu niepotrzebnych książek jakoś niespecjalnie mnie obrusza, choć oglądanie albumów ze zdjęciami sprawia jednak prawdziwa frajdę, a jak jeszcze o Łodzi to już w ogòle. Tymczasem kolejna Helga mówi achtung, będzie trzęsło, jak miło, że ostrzegają, podczas wojny nie takie rzeczy bez orienta robili, no ale nie bądźmy zbytnio pamiętliwi, bo oto zbliżamy się do przesiadki, taki ruch rączego konika szachowego, kuzynki poczciwej i wiernej Kasztanki sam-wiesz-kogo made by Janów Podlaski, zawsze z białego na czarny i z czarnego na biały. Czy jakoś tak. Achtungów zreszta więcej, najbardziej zaskakujacy w sterylnym kiblu wielkiego sterylnego lotniska Luftwa….., eeeee, nie nie, tej cywilnej, jakże szanowanej firmy, dobrze, że się nie obszczyłem na obcym landzie, jak by to wyglądało, że zacytuję pana z lotniskowej kawiarni, że gdyby miał więcej czasu i płacił kartą korporacyjną, to złożyłby zażalenie, phi, też mi coś, zdawała się mòwić oczami lolka-nalewaczka, w sensie- baristka, ale ja nie, mógłbym się na straszenie pisuarowe poskarżyć grubemu Egonowi, co to zdjęcie jego kwadratowej, spasionej na wyzysku imigrantòw mordy wraz z numerami telefonòw wisi dumnie przy wyjściu, tyle, że w zasadzie po co, popadam w lekki stupor, jeszcze kilka zdjęć, przebieżka po terminalu, no i kolejny samolot, do chyba bardziej przyjaznego kraju, choć melancholia nieubłaganie we wkurwiającą, twardą dekadencję się zmienia. Jak jeszcze dodać do tego nawigację samochodową, która przez całą drogę do hotelu raz za razem próbuje zrobić w konia, kurewki z wydatnym cycem na uśpionych ulicach, rozpaczliwe poszukiwanie skrawka miejsca do zaparkowania i tak dalej…. Ecce homo. Wreszcie hotel, tylko Włosi potrafią tak zspierdolić instalację, że nie wiadomo, gdzie się w pokoju gasi światło, czy skutecznie wyłącza klimę. A więc jeszcze tylko grucha w bardzo, by nie rzec horrendalnie szerrrokim łòżku, paciorek i spać. Sensual Jane. Po chuju fest. Spurt such razy dwa.

- Krzysiu, jak ten wasz kudłaty piesełek ma na imię?
- Pikselek.
- Kto go tak nazwał…?
- No ja.
- Ale właściwie dlaczego Pikselek?
- Bo on jest taki malutki.
Powroty do Ojczyzny zawsze kojące. A może jestem tak wymęczony, że tylko o spaniu zamarzam. Lista tyrrad, point, złośliwości i profi-lodeksòw z połykiem na ukończeniu. Czy ma szansę? A może i tym razem coś się spierdoli i zabawa wydłuży się na święty nigdy? A jednak nie, nie zanosi się na zonki, ale są i smaczki na wejściu, takie jak miejsce przy dziewczynie, która trąci mychą, hm…., w tym momencie The Forrest w uszach brzmi nieco jak ironia, choć lubię Kate Bush, niekoniecznie z lotu ptaka. Nie, to nie las, ale lepiej nie myśleć, spać, myśleć o dupie? Może w gazetkę pokładową się pogapię, gdzie ładna pani z Działu Dodatkowych Przychodów whatever it is zaprasza mnie do kupna influsion anti-wrinckle cc cream spf 10, aha, mam uwierzyć, że to dla kobiet brzmi zachęcająco. I jeszcze serie bombatów, dobrze, że nie wombatòw, co to nie lubią w kakao. Więc Próby załapania drzemki, ale nic z tego, bo facet z tyłu jak nie kichnie, kaszlnie, dobrze, że nie piernie i rzygnie. Na chwilę znów reminiscencje, zapachowo-muzyczne, jak widać bez alkoholu również można się bawić, bez szału ale. Jeszcze tylko wysiąść, rozprostować kości, odetchnąć polskim gówienkiem, które wiosną jednak aż tak bardzo nie przeszkadza, ot, jakimś nadchodzącym powstaniem pachnie. A poza tym to więcej fabuły do kurwy nędzy poproszę. Choć z drugiej strony Lieber Passagier, haden Sie Fragen oder Kritik? Wir stehen Ihne gerne zur Verfügung. I vaffanculo.

Jak rżnąć, żeby dobrze zerżnąć- opowiada nam drwal, a my pytamy, o czym właśnie pomyślałeś, Drogi Radiosłuchaczu. Tym samym rozpoczynamy serwis informacyjny naszej stacji.

Jakiekolwiek recenzowanie dookołów? Bez sensu. Nawet na wygłupy nie mam siły, stąd podziwiam tych, co to jeszcze determinację w regularnym poszukiwaniu wykazywać raczą.  Ja nie raczę, się- a i owszem, nie odmawiam. Ale żeby spuszczać się nad tym, co wokół, co telepie, phi, a jak nic nie? Bo przyschło, nie boli, nawet wspominki, wypominki, obrazki z wystawy, zupełnie, jak po odpuście zupełnym. Kiedyś to co innego, można było i chciało się znaleźć ukryty sens, każdy ciąg zdarzeń rzeczywiście miał swój kod, często zaskakujący. Ale wszystko do czasu. Momentami tylko gorzka refleksja, ale nie do, a z, złość o smaku źle zaparzonej małej czarnej, na otoczenie bliższe i dalsze, choć częściej dalsze, a nawet bardzo odległe, te kurwy i kutafony wherever, pies ich jebał tych mitycznych onych, przecież ci właśnie wspomniani już nawet łacha nie drą, im się też już chyba zwyczajnie nie chce nas finezyjnie robić w chuja, więc jest ordynarnie, chamsko, bez polotu, są strachy na lachy, ksenofobiczne wyrzygi, no ale cóż, skoro żeśmy jako społeczeństwo głupie bezdennie, proste, bezrefleksyjne i zarazem zawistne w stosunku do wszystkiego, co się rusza, to mamy jak u burdelmamy za kotarką. Tak więc widać coraz to nowe indywidua, które mówią nam, jak żyć, czego się bać, co wpierdalać i w jakiej pozycji wydalać, choć przecież wiadomo, że to ostatnie to najlepiej panocku w kucki w krzokach, a podcieramy się liśćmi i mchem. Jakiekolwiek próby sprzeciwu są skazane na porażkę, więc lepiej udawać doskonałe się dostosowanie. Dlatego dekadencja- si, ale z wdziękiem, do kurwy nędzy.

A poza tym i jest i nie jest tak samo. Tak samo wyglądają fragmenty dni, kontury otoczenia, nawet zapachy się nie zmieniają. Za to prawa ręka coś za często drży, stąd i słów nienapisanych przybywa, wszystkie one zawieszone w chmurze pół-bytu czekają na zmiłowanie. Nie, nie, to nie tak, że tego miłosierdzia brakuje, jednakże ciągłe opowiadania o rozmemłaniu, zmianie optyki, wiecznym astygmatyzmie, podczas gdy emocje ledwo podrygują. No ok, czasami coś mnie rozśmieszy, na chwilę autoironia gdzieś przemknie od ucha do ucha, bo a to Gniotpol, Szwagropol, hurtownia nagrobków „Rollingstone”, „Sznycelek” Pizza 24 H lub turbo dobra tequila. Nie wiem, nie umiem, mizianie się w mazi, w jakimś bezgranicznym absurdzie, dlatego słuch przytępiony, smaki też jakieś wiotkie, z tego wszystkiego może jeszcze kefir z musli z Tesco się broni, jak również Orvieto i Isla Negra z Biedry, ewerfresze do poduchy, a że sezon dość ciepły jest, to i pić się chce. No ogólny melanż na wyjebaniu.

24/7 (Gusgus – 24/7)

1 komentarz

Nadal.

- Muszę się odlać, bo się zesram.

A dziś przyśniłaś mi się tak mocno, wystarczyło tego, aby nosić cię w sercu przez cały boży dzień, to był sen z tych dynamicznych, przemieszczanie się, latanie samolotem, pościgi, historia kryminalna a’la Zyzio M., zabili go, okradli, a na końcu oczywiście uciekł, tak jak i my, wielka nagroda, jeden wielki skok, ale bez ciemnych porachunków mafijnych, ot, jakiś lewar, chyba, ale jednak bardziej subtelny, niż ten spod szyldu Art-B, gdzieś, coś, ale to nieważne, na końcu liczą się emocje, a z tymi od początku było aksamitnie, z wiarą na szczęśliwe zakończenie, jak nigdy, nie wiem, z wielu rzeczy nie zdawałem sobie wtedy-wtedy sprawy, młody byłem, głupszy niż dziś, chociaż…, hm, no nie wiem, w każdym razie dramatycznie brakowało doświadczenia, łatwo dawałem się wkręcać w emocje, nie potrafiąc ich właściwie zdefiniować, pamiętam tyle dobrego, ten pierwszy raz, kiedy przyszłaś do mnie do domu, a On po pewnym czasie zagadnął o ciebie i spytał- cytuję: „kim jest ta przepiękna dziewczyna?” , w sumie chyba nigdy ci o tym nie opowiadałem, bałem się zażenowania, zawstydzenia, no beznadziejnie, no wiem, może by to coś, ale, bo dalej karteczki, ach, jak ja wtedy uwielbiałem Cortazara, którego po tylu latach jedzie się już bez żenady, bo jest passe, bo jak można wymyślić taką grafomanię, tak, jesteśmy trendy, a on passe, choć chyba jednk już nie pamiętacie, że też spuszczaliście się przy opisach zachowań Magi, wzruszaliście przy dyskusjach Travellera i Oliveiry, czy też pociliście podczas gdy ten ostatni gwoździe podczas upału w Buenos wbijał, a więc  po karteczkach spacery, po spacerach i rozmowach coś więcej, wtedy moix w swoim stylu odwalał coś, co do dziś wywołuje rozłożysty rumień na licu, no jak można wymyślić taką piękną katastrofę, tak, zapewne lektura dziennika, w którym na połowie stron było picie i pierdolenie, a na końcu peany na twoją część i wyznania miłości miały szansę akurat ciebie oczarować, no zacny zonk, ale zachowałaś się z klasą, nawet przyszłaś do mnie, cierpliwie tłumaczyłaś, że się mylę tam w tym pokoju, twoje wyjście, moja rozpacz, Jezu, jak to dawno temu było, trudno sobie wyobrazić, policzyć, w każdym razie o dziwo było i potem, było i aksamitnie, ale strach przed wygłupieniem się pozostał, teraz już wiem, poza tym znów czas, czas zrobił swoje, nie pamiętam już zapachu tamtej kuchni i wybijania karaluchów w tym beznadziejnym mieszkaniu, ale pamiętam listy, na które tak czekałem, mój pamiętniczku, mój kolego, przyjacielu, no pomiędy słowami, jak zawsze, do samego końca, nie było nawet klasycznego pożegnania, bo jak to podsumować, co powiedzieć, dobrze więc, że czasami wracasz, choć w takiej formie, zasadniczo wracasz i jest ciepło, tak, jak dziś, na to wspomnienie obrazów wygenerowanych przez, to zakończenie z dziś, gdzie niby nie mogło być happy endu, ale jednak cud się zdarzył dzięki wierze (tak, wiem, jak to pobrzmiewa, więc zmierzam ku poincie), gdzie w dwóch zdaniach byliśmy w stanie złapać wspólny kierunek, patrząc sobie w oczy i wreszcie tak ciepło się przytulać i młodzieńczo całować, jak nigdy, przełamując tę granicę niedotykalności,  jak w dobrej komedii romantycznej, nie mylić z porno-dramatem sensacyjnym. A więc pamiętam i dobrze mi z tym.

- Czeeeeeść, co u ciebie, wróciłeś z tego Paryża, dobrze się bawiłeś, poderwałeś coś, nooo, a będziesz dziś na skajpiku, tak, no widziałem, że masz nowy fryz, wyglądasz jak Osama, pokażesz mi dziś na skajpiku, a co mi jeszcze pokażesz, tam na dole też jesteś jak Osama?

A tak nawiązując do innej rozmowy telefonicznej-  twój głos zabrzmiał dziś w słuchawce tak samo, jak wtedy. Nawet to „uhm” przed „halo” się nie zmieniło, mimo upływu wieków całych. Resztę jednak musimy przemilczeć. Choć wczorajszej wizyty w biedrze nie zamierzam, też gdzieś siedzi mi to, nie w dupie, a w gardle, jechałem do Zygi, ten jest w średnim stanie, jakiś rozjebany cały, nerwowo w pracy, życiu, miotanie się, góry nadal dają ukojenie, ale ile razy, mieszkając w Łodzi można w te góry w ciągu roku pojechać, więc energii nie starcza, złe myśli, emocje, choć patrząc z boku to z czego się biorące, heh, permanentna niewiara w siebie, zdrowego, siwego korpobyczka, któremu do ostatecznego laserunku beretu nadal jeszcze trochę brakuje, poza tym wszystko się układa, jak również w rodzinie, z synkiem, coraz fajniejszym i tak dalej, no więc jechałem, przystanąć musiałem i zakupić wino, coś na sałatkę, no więc ta biedra na opłotkach, wpasowana w dzielnicę willową jak nie przymierzając chuj w dupę, pod biedrą same terenowe mesie, beemki, ale też składane i kręcone, pełnoletnie golfy, tu kupują wszyscy, products for the masses, demokracja konsumpcyjna, społeczeństwo mamy dojrzałe i to widać, tak, jak unikalne sceny, czemu w tych sklepach scocjologowie nie napierdalają seriami swoich doktoratów i habilitacjyj, tak codziennie jak i wczoraj, krotochwile, posłyszane dialogi, robotnicy po fajrancie wybierający produkty włoskie w promo, rodziny, nawet jedna dupa ładnie pachnąca była, choć ostatnio chyba się jej schudło, bo skórzane spodnie, majace w zamierzeniu opiętymi być lekko marszczyły się tu i ówdzie, może za dużo koksu, bo jakaś odjechana była, ale poza tym styl homogeniczny, z ładną buzią na finale, a finałem może być również biedrowa kasa, oczywiście wszystko szło wolno, dużo ludzi, przede mną chłopiec, może 10-11 lat, ciemne włosy, ciemne oczy, zabiedzony, zaniedbany, ta bieda była wzruszająca, tak samo jak samotna paczka chipsów, za którą chciał zapłacić, zacząłem się zastanawiać, jak by się zachował, gdybym po prostu wręczył mu powiedzmy pięć dych i powiedział coś w stylu: „mały, idź kup sobie za to coś tylko dla siebie”, moje wzruszenie przerwała konstatacja, że przeciez on nie jest sam, bo ta mała dziewczynka, która chodzi koło niego to jego siostrzyczka, kilkuletnia iskierka, zadowolona z życia, no więc gdzie jest rodzic, aha, już za kasą, mama, również ciemne włosy, ciemne oczy, ubrana skromnie, starała się, jak mogła, prostota, ubóstwo i… duma z tych dzieci bijąca z twarzy…, chłopiec zapłacił, kasjerka powiedziała coś do mamusi, że może być dumna z takiego dorosłego mężczyny, może być po stokroć, jakoś wiem, że on sobie poradzi, po chwili przyszła moja kolej, wrzuciłem te wszystkie jebane kozie sery, wina ciepło ocenione przez Parkera, parmeńską i co tam jeszcze, wyszedłem, rodzina jeszcze stała, taka normalna, zwyczajna, łódzka, później wszystko opowiedziałem Zydze, opierdalając go przy okazji za nużącą, jebaną dekadencję, kiedyś był inny, a teraz, no co on i jego rodzina mogą wiedzieć o biedzie i problemach, kurwa, więcej pokory do chuja.

- Poproszę dwie płyty DVD o pojemności czterech koma siedem giga.

- Uhmmmm, ale nie ma.

- To jakiś dezodorant męski za 6 zlotych.

 

Rynek Manufaktury, ładna pogoda, dużo ludzi, naprzeciw mnie może dziesięcioletni blondynek beztrosko hasający, biegnący przed siebie, dzieciństwo go niesie, ale czy szczęśliwe? Nie, bo mama, mama za nim z jakimiś torbami, skrzywiona, zgnuśniała, z widocznymi resztkami wczorajszego odpierdolenia się na randkę w pubie gdzieś na Bałutach, jak również ubzdryngolenia  on that ugly face, coś się nie podoba, coś nie tak, może kac nieznośnie męczy,  no ale te krzyki. Maciek! Maaaaaciek! Maciek, ty zapierdolony bachorze! No nic, życie, choć gula staje w gardle, a więc trochę łażenia po sklepach, nic ciekawego w sumie, nieco smętnych obserwacji, jesień nadal pełną gębą, a zimowe wyprze już w pełni, przystanek na mdławą kawę, choć w nazwie pisało było napisane, że płaska ma być, w empiku nowe książki rzucili, na kilka się nawet skusiłem, ot, będzie na wykreowanie tych milszych chwil, podczas których nie trzeba będzie zbyt intensywnie myśleć o sobie i tym, co dalej, gulasz znużeniowy, znużeni i owy, no ki, jeszcze tylko tradycyjnie biedra, tak bardzo pasująca ze wszystkim wszędzie, wino na wieczór, tak, wykwintne smaki, zapraszające do konsumpcji hasła, zdjęcia kolesi z nosami w kieliszkach, ich wybór moim wyborem, pomyśleć, że w tamtym sklepie alkoholu się nie stwierdzało, okej, coś na kolację, jakieś sery, o tak, one też widziały Włochy, lub inne krainy, tak jak pasztet Dodo, z myślą o śniadaniu kefir, bo tego akurat schodzi masa, no i kasa, jak zwykle dzień dobry dzień dobry, można już płacić kartą, ale dziś banknoty, proszę bardzo, reszta, dwa grosiczki i tu są paragoniczki do zdrapeczki.

 

- A dziadek Krzyś to pewnie by mnie lubił?

 

W tym wszystkim może i jest jakiś sens. Ostatnio Zyga spytał mnie, co bym zrobił z odnalezionymi archiwami po ojcu, wśród których jest między innymi rozpoczęty, ale znajdujący się w szczątkowym stadium projekt literacki.

- A o czym ten projekt?-  spytałem roztargniony, układając  Krzysiowi jakieś karty do gry, piłkarze, zdjęcia, katalogi, szał jakiś i moda podobno.

- Trudno powiedzieć tak w dwóch słowach- przyjaciel odpowiedział wyraźnie rozemocjonowany- To taki szkic książki trudnej do sklasyfikowania, jest nieco wątków kryminalnych, jest o miłości, ale przede wszystkim króluje muzyka i masa wątków biograficznych z życia Mahlera, są podobieństwa, przeciwności, aura narastającej tajemniczości, okrytej dobrą podbudową, opisami świata na zewnątrz, małe miasteczka, Zachodnia Europa, której ojciec przecież nigdy nie widział… No i świetnie się zaczyna, podróż Alfa Romeo po autostradzie, kierownica i muzyka, kilka razy wracałem do tego fragmentu i prawie czułem, jakbym był w tym samochodzie.

-I?

- I nic, kiedy już cię to wciąga, wszystko się urywa….

- A twoim marzeniem byłoby dokończenie historii.

- Ba.

 

Wiek robi swoje, czy jak, synapsy płatają mi figle, coraz częściej w nieoczekiwanych chwilach włączają mi się potoki wspomnień, intensywnych, kolorowych, smakują, jak wiosna, zachłystuję się tymi wizjami, choć może to raczej przemyślenia, spojrzenie z innej perspektywy na coś, co się wydarzyło, sprawy sprzed lat dwudziestu, trzydziestu, trzech, dobrą mam pamięć, ale wybiórczą, na co mi to, przecież dobrej, konkretnej opowieści od ładnego początku, poprzez solidne rozwinięcie, aż do poruszającego końca nie upiszę, wszystko jeden chuj, po co więc to targanie się. Ale wracam, wracam, gdy już nie mogę wytrzymać, ze sobą, swoim niepokojem, tym wylewającym się z oczu i uszu stresem, jak to kurestwo zagłuszyć, nie potrafię tak po prostu, that was she said. Zapachy, zapachy pozostały. I zdjęcia, podpatrywane. Ukradkiem. Mimo, że na trzeźwo zawsze je sprytnie chowam, to po pijaku nadzwyczaj łatwo odnajduję.

 

- I jak siadasz, to te pufy się zapalają, świecą.

- To skąd biorą energię, z dupy?

- Nie no, tak w ogóle….

 

 

Ten film zaczyna się cudownie, Kraków, początek wieku, jak rozumiem tego. I widok Plantów, ławeczki, widzę to z jednej strony w kolorze, bo przecież tak lubię, lubiłem tam przesiadywać, wyczekiwać, z drugiej strony w cz-b, wszak z Leiką czaiłem się na rowery, wiewiórki, mgłę, a nie można zapominać również o nocach, powietrze miało ten swój zapach, nie, nie było napalmu rano, Jankowska-Cieślak piękną kobietą była, nie, wróć, podobała mi się i podoba do dziś (czemu o zgrozo?), mimo upływu kilkudziesięciu lat nadal sentyment mam, a jak, tyle mi chyba wolno. Stroiński sprząta po kolacji? Oj, jednak coś zaraz się wydarzy, bynajmniej nie nadprogramowy dyżur w łódzkim MPK za kółkiem ogórka. Od szosy daleko jest, w rzeczy samiuśkiej. Ubecja i God bless Poland and America. Pułkownik Zuber, ale przecież nie on jeden. Autostrada Wolności z korkiem w dupie na zjeździe w okolicach Strykowa.

Tymczasem jednak coś ważniejszego, łzy mimowolnie wyciskającego. Film sprzed niewielu lat… Gdzie ja wtedy byłem. W telewizji, obejrzany zupełnie przypadkowo obraz, powrót do tamtych, a może tych moich, przeżywanych intensywnie czasów, niewiele różniących się ideologicznie, ale jakże innych, wszystkie opowieści, choćby krotochwile, które dziś już nikogo nie interesują, bo własne życia, własne światy, komu potrzebne te powroty, choć przecież ta autentyczność, szczerość emocji wtedy, wtedy a dziś, zdjęcia na starej kliszy, mnie mówiące wszystko, ale im już nic, Pomnik Stoczniowców, Żaklina siedząca przed nim i dumająca, dziewczyny pod czołgiem ze skwaszonymi minami, tak, ja wiedziałem, inni nie, to podglądactwo, szczerze byłem oburzony, że oni tam ot tak, po prostu im pliszki oglądali, kaseta Sony UX-S w ręku (a uprzednio kupione That’s Suono) i mydło u Czaszki w ustach, hello girls brzmiące tak cudownie, buraki rozglądali się na wszystkie strony, do tego wspaniały bar mleczny z naleśnikami, gdzie stołować się zwyczaj mieliśmy, schody, tak, schody pod Dworem Artusa, wszystkie byłyście piękne, pięknie pachnące i myślące, we wszystkich w swoim czasie kochałem się namiętnie, razem i w każdej z osobna, mimo, że kanon był Canon, a w zasadzie Zenit, no i te rozmowy z KCh, to było jeszcze przed wszystkim zasadniczo, przed tymi prawdziwymi naszymi chwilami razem, ale lekka bigamia za pazurkami już się dokładała niczym żałoba po grzebaniu w piaskownicy, bo przecież i tak widok AK wzburzał moje serce, kurwa, o czym w zasadzie mowa, ale przecież emocje wciąż żywe. I ten powrót z gór, inny niż ostatnie, droga w bok, bo jakiś wypadek, TIR leżący na zakopiance, w powietrzu już santo subito, a ja spełniony, mimo, że nie, bo przecież śnieg, deszcz, rozwalające się buty, Zawrat jedynie powąchałem, będąc prawie po pas w śniegu, więc Wadowice i okolice, piękny zachód słońca, w pogoni którego auto tak cudownie wchodziło w zakręty tych wszystkich wyremontowanych odcinków drogi (która nota bene kojarzy mi się dotąd z niebieskim Fiatem Sieną i Zielonooką), no i ta audycja Stelmacha w Trójce, rozmowa, tlące się melodie i na zakończenie ten utwór brzmiący tak…. Nie spodziewałem się, iż obraz będzie pasował. Gdzie jestem, po co, dlaczego. Tak, nareszcie już wiem, co to dekadencja… To taki stan, kiedy wszystko jest dobrze, ale wszystko też krzyczy, że zaraz się wypierdoli. Tutto. Cały Twój. Ale za późno na wyzwania. Za moment niebo się zaciągnie i mimo, iż trzymamy się ramy- to się posramy.

Być zakochanym bez możliwości bycia,? Można, jasne, jednak dla zdrowia psychicznego wystrzegać się, lub wspomagać stan osamotnienia kieliszkami trzema. Może być nawet wino selected by Tesco po 12,99 za flakon. Bardzo dobrze! Cóż, pozostanie walenie gruchy w tym samym pustym pokoju, picie tego samego wina i rozmyślania. Czyż to jest zła perspektywa? W oczekiwaniu na IV Góreckiego, ponoć świetna.

- Krzysiu, tata prosił, abyśmy się szybko zebrali, musisz jeszcze umyć ząbki, przebrać się… Mamy 15 minut.

- Czarno to widzę, wujku.

Ciekawa konferencja na temat cudu polskiej transformacji, tak, ponoć udło się, wszyscy to mówią, transformacja jak chuj, Załoga Dżi, Zoltar, Feniks i Zark Seven, ciocia chrum chrum ma sie rozumieć, elegancki świat, dobre żarcie, eksportowe hostessy po 180 cm+, dookoła robione cycki, podnoszone kąciki ust i rzecz jasna powieki, świecące wizytówki, białe koszule, jakże modne w tym roku i wszystko w ogóle dobrze przykrojone na miarę, no cud, miód i orzeszki z biedry, bez soli, bo ciśnienie ta podnosi. Szkoda tylko, ze na końcu tej przygody do lepszego świata, rozpoczętej w skórzanym fotelu luksusowego auta, czeka wyjebany pociąg relacji waw-ldz, nazwany na cześć jakiegoś bohatera passe powieści z XIX wieku, z brudnymi oknami, śmierdzącym przedziałem, klejącym się siedzeniem i dwoma lekko podchmielonymi, umęczonymi ludźmi pracy z pekape. Spóźnienie tylko pól godziny? Transformacja. To taka stara, polska tradycja, jeszcze z początków lotnictwa. Wungiel, wungiel je we wiosce. Wojna bedzie, bo przed wojną tyz był.

 

- Ładne zdjęcie Krzysia masz na tapecie.

Do waw 7:00. 9:10 na miejscu, jak Bozia da, bo to IR. Z waw 16:55-18:39.

 I czemu z rączym zachłystem i entuzjazmem pan lektor obwieszcza z głośnika, że Żyrardów? Przecież sądząc po twarzach współpasażerów, którzy musieli pewnie wstać o tak samo nieludzkiej porze, jak ja, aby zdążyć na pociąg (choć w moim przypadku był wybór, ale fahrweg kontrolieren zostało na parkingu przy dworcu), jest to mówiąc generalnie jeden chuj, przecież i tak codziennie kursując na tej pięknej krajobrazowo trasie, a jakże sympatyczni współziomale wokół wiedzą co i jak, pan Tiktak, vide- dziewusia od lewej, okulary hipsta Koluszki, coś sobie czyta, jakąś patriotyczną gazetę, która tłumaczy rzecz jasna w sposób adekwatny wszystkie zawiłości w relacjach Ukraina-Polska, jej chłopak stoi nad nią, wszak miejsc siedzących nie ma więcej, on nie próbuje czytać, chyba nie te zainteresowania, czasami sprzedaje buziaka wybrance w ucho, ona do niego szepcze coś na zasadzie „ty zboczeńcu”, w pewnym momencie upuszcza periodyk na podłogę, schyla się, zapuszczam mimowolnie żurawia  i widzę znaczną część tyłka naked, no rowek jak się patrzy, tak, szkoda, że nie wszystkie nosicie aż tak zastraszająco chujowo dopasowane dżinsy, częściej by można pogapić się, zamierzyć, wymyślić przez ułamek sekundy historię fantastyczną, on wysiada, ona zostaje, popłakuje, bo na końcu zamiast gryźć w małżowinę, kazał jej spoierdalać ze swojego zycia, pocieszanie w kiblu pulmana, niezły hardcore w sumie, biorąc pod uwagę zapchany kibel z litej stali, no cóż, auto, a raczej pociąg-pilot, poza tym pocałunek kobiety-pająka, no i jeśli zimową nocą podróżny, a tak na marginesie to która pizda pożyczyła sobie ode mnie tę pozycję, nie informując, przyznać mi się tu i teraz, taka krotochwilka, fak.

 - Ściskam z Łodzi.

- O. A ja z wawy :)

- Nasze nieomalże miasto.

- Miasto jak miasto. Wierzowcom [kurwa, czy ja napisałem "wierzowcom"...? No nie wieżę, przyp. aut.] okna umyli- wiosna idzie!

- Wiosna depresja :)

- Raczej smyranie :)

- Też miłe parzyście :) [za dużo tych uśmieszków, przyp. tegoż]

- Czasami nutka masochizmu nie zaszkodzi :)

- Jak zweryfikować pojęcie czasem?

- Szukanie dodefiniowania wydaje się zbyt żmudnym zajęciem w obliczu.

- fakt, fak, jednym sms-em potrafisz wzbudzić.

- Ta, umiem, no ale na dłuższych dystansach- zadyszka!

- To ja nie nadążam.

- Em, raczej wręcz przeciwnie. Buziak.

- Kosztuje mnie to zbyt wiele. Emocjonalnie, moralnie i finansowo. Dzięki za buziak, ścisk.

- Wiem. I korci. Ale. Masz dbać tam o siebie, również w Łodzi.

- No to do zobaczenia. Najwyżej będę ściskać kolana, a nie Ciebie.

Życzymy udanego pobytu, lub dalszej, DOBREJ podróży, obwieszcza pewnym głosem kierownik pociągu, uśmiecham się zgryźliwie, jakaż paranoja, niezły humor sytuacyjny, no latający cyrk Monty Pythona na kółkach, biorąc pod uwagę fakt, żeśmy się spóźnili o 20 minut, no ale okej, tym razem niespieszno, więc nie będę się pieklił, choć drzwi tego zapyziałego wagonu otwierają się bardzo opornie, jakby nie chciały mnie wypuścić, z trudem wysiadam, idę wzdłuż peronu do przejścia podziemnego, z głośników słyszę komunikat… o nadjeżdżającym, opóźnionym pociągu z Warszawy, proszę się odsunąć od torów w celu zachowania bezpieczeństwa, no ale jaki chuj, przecież kurwa już przyjechaliśmy, co za parodia, ale po chwili nachodzi mnie konstatacja, że to nie o mój, lecz wcześniejszy skład, który wyjechał z Centralnej 20 minut wcześniej chodzi, aaa, no chyba, że tak, w takim razie w porządku, ordnung na kolei jest jak trza, come sempre e vaffanculo, więc wyjście, ten charakterny smród szczyny łódzkich kloszardów, tak, tutaj sokiści po 22-ej się nie zapuszczają, więc trzeba spierdalkę robić czym prędzej, jeszcze tylko zdziwienie przy billboardzie przed Kaliską, Łódź kurwa, ale nie, to nie treść wielkiego plakatu, ta jest odmienna, że zacytuję- „mniej pociągu do kasy, więcej kasy na pociagi”, no perwersja, choć o co dokładnie chodzi, że co, łodzianinie, łodzianko, żyjcie, jak pan Bóg przykazał, niech wam mamona nie przesłania sensu egzystencji, 10,50 PLN BRT/h i ani grosza więcej, przecież ważne jest, żebyście żyli pełną piersią, oddychając tym naszym czystym powietrzem, pijąc krystaliczną, czystą wodę, zapewnianą nam przez miejscowe wodociągi, kochając się i rżnąc na potęgę, a tym samym rozmnażając się ku chwale Piotrkowskiej 104, bo przecież podatki trzeba płacić, więc nie uciekajcie, a raczej- nie uciekniecie, my wam tego nie ułatwimy, będziecie podróżować w warunkach urągających rasie ludzkiej, kolej transyberyjska nie dla przyjemności, lecz z frustracji, co to, to nie, serdecznie witamy, już was mamy.

Intuicja i tym razem dobrze mi podpowiedziała. Ale stwierdziłem, że sprawdzę. To i mam. Złe się dzieje. Nie wiem, jak zachować się w takiej sytuacji. Usunąć się w cień, choć  przecież mnie nie ma, fizycznie nie istnieję, jestem iluzją, wspomnieniem, raz na jakiś czas zabaweczką. I tyle. Nie, nie narzekam. Boli, że nie mogę nic. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Pokuty ciąg dalszy, w sam raz na Wielki Post. Pomodlić się z pewnością nie zaszkodzi. Choć mam nadzieję, że coś jeszcze poza nią pozostało.

 

Tu Kielce.

W zasadzie trudno oczekiwać ode mnie, abym przyznał, że coś nowego. Nie możet tak byt i już, bo w zasadzie po staremu, pora rozliczeń już dawno za nami, teraz czas grabienia trawnika , sprzątania skalniaka i pierwszego nawożenia iglaków, tak przynajmniej mówi Zyga, ale on ostatnio jakiś zakręcony jest, nie wiem, może za dużo pije, albo czyta, nie wiedzieć co gorsze, te lektury robią mu wodę z mózgu, potrafi tylko hmykać, zamknął się w tym swoim lesie i pierdoli wszystko w czapkę, coraz częściej kontempluje przyrodę, rytm życia, przy tym myśli praktycznie, no pogorszyło mu się, albo po prostu trochę zazdroszczę pasji, takiej innej, niewysilonej, może w ten sposób znalazł sposób na podkręcenie licznika, czas przecież zapierdala. Przyjeżdżam do niego, a i owszem, kiedy tylko znajduję czas i nie szwendam się w ramach tak zwanych tu i tam, chociaż ile można być w podróży i poszukiwaniu własnej tropy, bruci la citta, nie, nie ma miast-duchów na szlaku, są obrazy, trochę zbytnio to wszystko Beksińskim, schyłkowym Beksińskim zalatuje, ale nic nie poradzę. Sny jak były tak i są niedobre, bardzo niedobre, góry znów, roztopy, walka, przeznaczenie? Na grzyby pojedź, jak ci się nudzi, może więc pora zapakować raki i czekan i spierdolić na dwa trzy dni w wysokie, a nuż jakiś miś mnie znajdzie, lub czekan się omsknie, wtedy to i radio o mnie powie, lub kanał informacyjny telewizorni napomknie, chociaż nie sądzę, ja z tym swoim limitowanym ryzykanctwem niczego bardziej szalonego niż wypicia dwóch kielichów czerwonego wina w schronisku nie wykręcę. Inwencji brak kłania się w pas.

Pyta się cieć ciecia:
- Która godzina?
- Ciecia.

Tym oto zgrabnym żarcikiem zwykł mnie jeszcze w podstawówce zabawiać Tomek T., pseudonim „Siwy”, no nie, fakt, nie jednemu psu Burek, to nie była oryginalna ksywa, tych Siwych rzeczywiście wielu było, Tomek jednak na takie określenie zasługiwał, tlenił sobie włosy jakimiś chałupniczymi metodami, na samą myśl robiło się słabo, czasami chyba miewał wszy, poza tym śmierdział sportami i popularnymi, choć powiedzenie, że śmierdział nie oddaje aury, w tym świeżym smrodzie podłych fajek było jednak coś ożywczego, lekko oszałamiającego, pomijam skąd takie fajki, problem z dostępnością był, aczkolwiek może wtedy już nie tak dramatyczny, równo dla wszystkich, czyli takiego wała, jak Polska cała, towar deficytowy, czasami Extra Mocne, Carmeny i Caro tylko od święta, a Marlboro skończyły się jeszcze przez stanem wojennym, ostatni raz widziałem je w kiosku przy krańcówce tamwajów podmiejskich w Parku Śledzia, tak, tamtego dnia sprzedawali aż po pięć paczek, jak ja się cieszyłem z tego Ojca zakupu, udanego polowania, niespodziewanej nagrody, byliśmy na rowerze, On patrzył, a ja jeździłem na swoim Reksiu, podeszliśmy do kiosku kupić gazetę, a tu właśnie Marlborasy i to jeszcze po cenie urzędowej, zakup ich oznaczał, że nie trzeba będzie jechać w weekend po inne eksportowe rarytasy, Lordy, Roye i inne w cenach zawrotnych, wolnorynkowych, poza Pewexem tylko w hali na Górniaku koło chabaniny, jakiż tam był zaduch, a i inspekcji sanitarnej ni chuja tak na marginesie, więc muchi na blachi i byli wybuchi, swoją drogą aż dziwne, że wśród tych mitów, marek ostałem się zasadniczo niepalący, no może poza tymi kilkoma epizodami, gdy mi odbijało, albo trzeba było o kobietach na powaznie porozmawiać, no ale tak to nie, nie paliłem, oczywiście świadomości na temat szkodliwości nie stwierdzało się, były za to reklamy w starych gazetach z Zachodu, kowboje, zachód słońca, styl i szyk, czasami lasso, trawiliśmy te obrazy po swojemu, co tylko wpływało na szyk wszystkich zachowań, zwłaszcza tych a’la Bogart, przygoda była naprawdę ekscytująca, zwłaszcza te dalekie podróże samochodem, a raczej w nim, matka podpalająca ojcu papierosy, a on spokojnie, pewnie prowadzący, ja rzecz jasna tylnym siedzeniu, a raczej kanapie, bez fotelików-śmików, te obrazy ze wspaniałej i nieco tajemniczej wyprawy, to również spokojne Ojca palenie oraz termos z duszą w środku i dobrą herbatą, choć plastikowy kubek był jednak dla mnie wtedy nieco za duży i zawsze parzyłem język okrutnie.
Jeśli chodzi zaś o powiedzonka, to Siwy miał jeszcze kilka innych everfreshów, było o minecie, choć nie bardzo wtedy wiedziałem, o co chodzi, jak to szło, a- że nic tak zębów nie wybiela, jak mineta co niedziela, no może i głębszy sens udałoby się tu wynaleźć, choć z trudem, a wtedy to już zupełna abstrakcja, był też jeszcze dowcip, który przypomniał mi się ostatnio po przesłuchaniu nowej płyty Świetlików, w jednej piosence idzie, że „lala, but ci się rozwala”, ale w oryginale było, że się „rozpierdala”, o co chodziło, ano o to, że dziewczyna nie miała majtek i lakierowane buty, więc używając terminologii Siwego za przeproszeniem pizda, nie no, zresztą, dupa par excellence, jakże ubogi ten mój język, przenieść tej pięknej składni w stanie nie jestem, poza tym wtedy nie było mody na bobra z irokezem, lub na amerykana, afroamerykanin (czy tego eufemizmu należy używać z nabożnym szacunkiem i z dużej litery?) rządził od Odry do Bobra. Przy czym fakt jest faktem, wszystko przecież dżwięczało wtedy lepiej, jakże świeżo w ledwie nastoletnich uszach, te lata osiemdziesiąte, tamten konkretny dzień, Wschodnia, Rewolucji, wracaliśmy klasą z jakiegoś przedstawienia, z domu tak zwanej kultury, z młodzieżą w tle, dom ten odebrali potem zagramaniczni harcerze, bo prawo jest prawem, ale nas, choć to już było później- wkurwiły zmiany własności, bo zlikwidowano kino i teatr, ten również zapamiętany dość dokładnie, w tymże teatrze uciszał nas wtedy ze sceny aktor, który z wiekiem zaczął grywać Piłsudskiego i zginął wiadomo kiedy z sam-wiesz-kim, ale wtedy ten miły przecież pan grzmiał na nas tym swoim naprawdę magicznym głosem, bo trochę przychamialiśmy, choć co się dziwić, zgasły światła na widowni, rzecz jasna było ciemno, a to w zupełności wystarczyło, aby nam się włączyły, a raczej wyłączyły ostatnie hamulce, no, ale czasy się zmieniają, kapitalizm, ponurym chichotem historii tamtego jakże zasłużonego miejsca jest to, że na końcu i dziś służy on młodzieży, ale nieco inaczej, cóż, wszystko się zmienia, miałeś chamie złoty róg, z wielkiej instytucji krzewiącej i pleniącej ostała się tancbuda, relatywnie odpowiednia również na imprezy firmowe, na których te oderwane raz do roku od biurek i komputerów z poblokowanym fejsikiem lale odpierdolone tak, że nic innego niż loda zapodać nie wypada.
Wróćmy na Rewolucji, pogoda constans, a więc polskie gówno, że pozwolę sobie użyć tego pięknego określenia, mam nadzieję, że Tymański nie zastrzegł tego, choć powinien, zżera mnie zazdrość, że to on ukuł, nie ja. Na tej Rewolucji jak zawsze ruch, głośno było i śmierdziało już wtedy, jak nie Ikarus rączo popierdalał, to dla odmiany mój sąsiad dumny i blady odpalał swoją Syrenę Bosto i rundkę robił. To w ogóle temat na grubą opowieść jest, na powieść z dreszczykiem o spacerach, zapachach, smakach, ty i ja, tia, kremówki na rogu ze Wschodnią smakowały zawsze nienazbyt, że tak dyplomatycznie się wyrażę, ale nie było strachu, była rutyna, po pierwszych wyjazdach kolonijnych do ośrodków wypoczynkowych kategorii B w Polsce C życie nas już nauczyło- żadnych kremów, chyba, że mamusia na święta, a jeszcze lepiej babcia ukręciły, zdecydowane nie dla tych różowych pianek z cukierni, jeśli się nie chce salmonelli, lub zwykłej sraczki załapać. Sprawiedliwości cukierni na rogu jednak oddać trzeba, tam dobre były drożdżówki z serem, to im wychodziło, oczywiście najpierw jadło się wszystko dookoła, a na deser zostawał środek z tym serem, smak pamiętam do dziś, do tego sprzedawała pani, której dziś byśmy zapodali kota pod pachę, posadzili za szklaną kulą i do programu z wróżem Zdzisławem wstawili. I ach, te ceny, taka inkryminowana buła długi czas kosztowała pięć zeta, ale potem zaczęła się polka-galopka, pierwsze próby tak zwanych reform gospodarczych, ale że komuchy tego nie potrafiły, to i liberalizacja cen nie była zbyt dynamiczna, jak później za Lesiów. A więc bułki z serem tak, za to na pączki chodziło się po prostu do sklepiku szkolnego, był na pierwszym piętrze wizawi pokoju nauczycielskiego, zazwyczaj niewiele tam było, oprócz „Świata Młodych”, oranżady w folii i również w folii waty cukrowej (widelczyk gratis), ale kilka razy w tygodniu, tak na trzeciej przerwie pojawiały się obłędne pączki, dostarczała ich cukiernia z bramy naprzeciw budy, jakże tam pachniało, zwłaszcza rano…., nie to co u nas na szkolnych korytarzach, jak nie smród permanentnie spalonego mleka, choć jak go kurwa nie przypalić, skoro gotowało się je w gigantycznych garach, no ale było za darmo, anyway, śmierdzIało okrutnie, jak nie mleko, to obiady, z perspektywy czasu trudno mi ocenić, czy te panie w kuchni były tak genialne, że na rynku jednego wielkiego braku cokolwiek im się udawało przygotować, czy też powodów tej porażki żywieniowej nie należy upatrywać w jeszcze innych czynnikach, choć serce mi podpowiada, że pewnie nie, te kobieciny rzeczywiście spracowane były, nie mogłem patrzeć na te dłonie wydające z okienka posiłki, wielokrotnie poparzone, czerwone od tych mało subtelnych środków czyszczących rodem z PRL-u, widok tych wszystkich bąbli made me sick, odechciewało się jeść, w każdym razie nawet mówienie do tych pań per „ciociu” nie pomagało, zawsze dostawało się to samo, zupa a’la krupnik, rosołek z rozgotowanymi kluchami, a na drugie pyrki pire, rzecz jasna jajko w sosie chrzanowym, mięso mielone, lub żylaste coś, co chyba wcześniej chyba rączo popierdalało gdzieś w szkolnych piwnicach, przynajmniej wtedy takie opowieści sobie snuliśmy nad tymi niewesołymi frykasami.
I prawie to wszystko, ta masa gotowych do sprzedawania po latach opowieści właśnie z Rewolucji, no kto by pomyślał.Nie pamiętam nawet, czy zdawaliśmy sobie sprawę, o jakiej rewolucji mowa, zresztą może, przecież to nie chodziło o strzały z dupy i Aurory, a robotników łódzkich, że się górnolotnie wyrażę- dziadów i pradziadów moich ziomków, z którymi- że zatoczę małego Lutza, takiego pojedynczego w narracji- wtedy z tego teatru wracałem, wszystko radosne, hormony zaczynały coponiektórych podgrzewać, a więc nastroje iście rewolucyjne, tak, byliśmy również w przededniu innych rewolucji, tej aksamitnej z ’89 i tej naszej, alkoholowo-erotycznej, że się tak wyrażę, przeżywanej jakże gwałtownie i dogłębnie, no ale cóż, to było potem, zamykam wszystko w tym jednym słowie „potem”, bo nadal pamiętam, mogę więc sobie pozwolić na takie lekkie traktowanie tematu, wrócę, eeee, jeszcze tu kurwa wrócimy z Olek. Nie byliśmy w tej swojej grupie nazbyt skłonni do głębszych refleksji, wiedzieliśmy, że nasze życie zamknięte jest w kwadracie złożonym z jakże dobrze znanych ulic: Wschodniej (nomen omen kiedyś Piłsudskiego), Północnej, właśnie Rewolucji (na marginesie kiedyś ponoć Południowej) i Kilińskiego, bo przecież Zachodnia a i owszem, ale to w drugą stronę, szkoda, bo to miałoby już w ogóle mistyczny posmak. Najdalej była Północna, tam wypuszczaliśmy się najczęściej zimą, zwłaszcza do parku, tam były atrakcje i naprawdę fajna górka, jakież wariactwa się tam uskuteczniało na sankach, a nawet i butach, ale wszystko tylko do zmroku, bo potem bandytierka przejmowała teren, ale nie nasi, tylko jacyś obcy, starsi, przy czym osobiście pamiętam coś jeszcze, czającego się między tymi drzewami, teraz, gdy się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się, że mogłem podskórnie widzieć obrazy z przeszłości, tak, dziś już nachodzą mnie wyraźniej i z większą śmiałością, zwłaszcza po tych wszystkich późniejszych lekturach, nie, muru getta nie widuję, nie widziałem go też chyba na żadnym starym zdjęciu, tu zresztą układ ulicy był inny, ale wszystko co dalej, to już tak. Do tego dodałbym zasypane, nieliczne fundamenty tych solidniejszych kamienic, nie trzeba było wykopalisk archeologicznych, tam się po prostu na klepisku z cegłami na każdym kroku w piłkę grało, paradoksalnie w tymże parku, jeśli chodzi o piłkę wiosną było bezpieczniej, niż na szkolnym boisku i nie chodzi bynajmniej o nawierzchnię, co te współczesne dzieciaki będą wiedziały o prawdziwej piłce, teraz tylko orliki, hale, opowieści o gwiazdach południowoamerykańskich, co to w fawelach grały byle czym na byle czym traktowane będą jak niewyraźne, mało realne powiastki, a’la Ciocia Chrum-Chrum i Zaczarowany ołówek. W każdy razie o kupnie korków nawet nie marzyliśmy
Wrócę jeszcze na chwilę do naszego Siwego, który wtedy, choć zresztą pewnie i od urodzenia jakoś chyba nie miał szczęścia, nie pochodził z normalnej rodziny, normalnej w sensie dzisiejszych standardów, podręczników, gender i pism kobiecych, to była taka lajtowa łódzka patologia, z tego co pamiętam, to ojciec milicjantem był, wracał po robocie, oczywiście najebany i napierdalał tego mojego klasowego kolegę, może to go tak utwardziło, choć plastyczny był on, w sensie, że jak mu zagrali, tak i tańczył, a poza tym mimo tego, że starszy, to bić się jakoś nie potrafił, dużo gadał, krzyczał, solówki na lewo i prawo rozdawał, a także trzy z orienta, ale w którejś klasie, może szóstej, życie zweryfikowało układ sił, najpierw chyba Nowak mu wpierdolił, nie było to sensacją, Nowak, w sensie pseudonimu, chyba też Tomek mu było, uchodził za najsilniejszego w szkole, a szkoła wtedy to nie była taka popierdziółka jak dziś, że sto dzieciaczków i finał, nas tam wtedy było grubo ponad sześć setek, chłopaki w większości, Nowak zabijaką nie był, z wyglądu nie jakiś bardzo duży, nieco żylasty, ale przypierdolić umiał, szybki łomot spuszczał, ale niechętnie- jak już musiał, no i młodszych dzieciaczków nie bił, w sensie że honorowy był. Po tym, jak nasz Tomek, przerośnięty o dwie klasy, upadł pod ciosami tamtego wiele się zmieniło, niektórzy podnieśli głowę, w klasie było coraz więcej takich, którzy koniecznie chcieli się z nim sprawdzić, a na to trzeba krzepy, codziennie kilka solówek to nie dla każdego, nawet Albert Sosnowski by nie poradził, kolejne porażki musiały więc szybko nadejść, pierwszy był chyba Pietrzuś, wyszedł zwycięsko z takiej próby, a potem to już równia pochyła, choć skończyło się jednak spektakularnie, na bitce z facetem od wf-u, to była piękna scena, fizyka lub chemia, my siedzimy i próbujemy coś z tego kurwa zrozumieć, podręczniki do tych przedmiotów grube nie były, tym gorzej, trzeba by było łopatologicznie, a nie po łebkach, a w ogóle, no co się dziwić, że poprzedni ustrój wspomina się z sentymentem, gdy się sobie przypomni darmowe podręczniki, choć pod koniec to nowe były tylko dla najlepszych, reszta dostawała używki, jakże to motywowało do nauki, fajnie było takie pachnące książki dostawać, był magazynek na trzecim piętrze, na początku roku, czy na końcu, stawało się w kolejce, podpisywało listę, na marginesie marginesu- koło tego magazynku było wejście na dach, na który kiedyś włamał się taki młodszy od nas chłopaczek, woźny go przydybał i zaczął gonić, młody w desperacji zdecydował się z tego dachu na drzewo nieopodal skoczyć, no Ramba jeszcze nie mógł chyba oglądać, to był jakiś ’86, magnetowidów jak na lekarstwo, no ale może, zresztą prawdopodobnie jednak nieco później się to działo, w każdym razie Stallonemu to wychodziło, chłopaszkowi z naszej szkoły niezbyt, ale głupi ma zawsze szczęście, skończyło się tylko na skomplikowanym złamaniu obu nóg, a co do Siwego, to taka sytuacja: siedzimy nad tymi książkami, surowa nauczycielka próbuje z nami walczyć, pyta o coś, zalega długa cisza i w tym momencie bach, drzwi otwierają się z hukiem, do klasy wtaczają się dwie żwawo wymieniające ciosy osoby, to Tomek i wuefista, nauczycielka podnosi brew ze zdziwienia, panowie orientują się, że tak okładać się publicznie nie wypada, więc przepraszają, leci jeszcze jakaś kurwa w ferworze walki, panowie wypychają się za drzwi, już ich nie ma, no przecież to dobrze się nie mogło skończyć, taka bójka z nauczycielem? Ale nie, raz, wcześniej nieco, to chyba był w korespondującej z tą krotochwilą sytuacji happy end, ale okoliczności inne, był taki nauczyciel historii, młody, nie wiem, może po studiach, aczkolwiek, czy aby uczyć wtedy, trzeba było mieć dyplom uczelni- nie wiem, no więc ten za przeproszeniem nauczyciel miał dwie pasje, jedną z nich była ćmaga, facet zazwyczaj na lekcjach był najebany, ci historycy coś mają, jakiś alko-gen, nie wiem, wszyscy ciągniemy, a jak nie ciągniemy, to znaczy, że chwilowo się zaszyliśmy, albo wątroba zdechła na amen, tamten facet też był permanentnie nadziabany, ale tak w normie, w sensie, że stał i tylko lekko mu się język plątał, a mówić musiał, nie, nie prowadził porywających wykładów, on negocjował z uczniami, gdyż drugą jego pasją była filatelistyka, taki lepszy cwaniaczek, prosił nas, abyśmy przynosili na lekcje swoje znaczki, a skąd my wtedy znaczki mieć mogliśmy, niby były jakieś salony filatelistyczne, najlepszy w podcieniach na rogu Piotrkowskiej i Zielonej, ale tam to była ekstraklasa, jakieś zapisy dla filatelistów, my, ze swoimi kieszonkowymi w postaci wymiętoszonych Świerczewskich mogliśmy co najwyżej kupować plankton, jakoś przypominający mi dzisiejsze czasy, idziesz do Biedry, chcesz kupić owoce morza i jak cię nie stać, a chcesz namiastkę, to kupujesz z pół kilo glazury planktonu, to z dychę kosztuje, do tego winiasz za kolejną dychę i prawie kurwa jak w Neapolu, jeszcze se muzyczkę puścić do kolacyjki i gites, choć tej mrożonki, jak już się rozpuści, to za chuja nie można doprawić, wieloryby pewnie zjadają z tonę takiego gówna dziennie, więc się najeść mogą, a tu nic, no więc dla tych ubogich, lub zaczynających swoją przygodę z filatelistyką były takie starter-boxy, na zalakowanych, czarnych tekturkach ułożone znaczki, kasowane chyba wszystkie, no i dobierane według klucza, albo rybki, albo pipki, albo ptaki, albo roślinki, wszystko z bratnich krajów socjalistycznych, większość chyba z Kuby, no dziś oczy by się każdemu zaświeciły, cudaczne to było, kolorowe, piękne, choć bezwartościowe, no i ten historyk wiedział to, ale prowadził grę z nami, bo przecież każdy z nas miał ojca, lepszego, lub gorszego, który też znaczki zbierał, no i może by się wymienił na to i owo, więc barter szedł w najlepsze, naiwni byliśmy i niektórzy tatusiowie też, ale na którejś z lekcji nie poszło jak zwykle, to znaczy facet jak zwykle przyszedł na rauszu, jak zwykle nawet nie sprawdził listy obecności, wyjął swój klaser i zaczął się tasować między ławkami, ale wtedy inny Tomek, chłopak dobrze się uczący (silny, później też wpierdolił Siwemu), zwrócił uwagę, poniekąd słusznie, że mieliśmy coś tam przecież przerobić i on chciałby może się czegoś podczas lekcji dowiedzieć, postulat skądinąd słuszny, ale facetowi nastrój siadł, momentalnie podkurwił się, podszedł szybko do Tomka i niespodziewanie uderzył go dwiema dłońmi, że tak powiem z liści w uszy, reakcja Tomka była instynktowna , nauczyciel w ułamku sekundy dostał fangę w nos, ale mówimy o piąto-, szóstoklasiście, co to za siła no litości, ale tejże wtedy facet nie okazał i spuścił Tomkowi na oczach wszystkich okrutny wpierdol, bohatersko i po męsku, co nie. Co do happy endu, to już chyba następnego dnia faceta ze szkoły usunięto, a lekcje historii przez następne kilka tygodni nie były w żaden sposób zagospodarowane, dopiero gdzieś po miesiącu ktoś z łapanki przyszedł.
No i tak, piknie. Niestety w przypadku Siwego happy endu jednak nie było. Mimo, że mój Ojciec po jakimś przypadkowym spotkaniu z nim stwierdził, że drzemie w tym nieokrzesanym chłopaku dobro, to jednak gdzieś za nim zawsze widziałem diabła, który może w wieku kilkunastu lat nie jest groźny, ale potem to już robi się poważniej. Tomek pewnie zgnił w pierdlu, jeśli prawdą jest, że był on bohaterem enuncjacji prasowych sprzed kilku, chodziło o Tomasza T., tu wiek się zgadzał, miejsce zamieszkania również. Skazany na dożywocie po pijaku wyrzucił przez okno swoje maleńkie dziecko, maleństwo nie miało szans, bo drugie piętro, Tomasz pewnie następnego dnia wytrzeźwiał i jeśli sumienie go nie zabiło, to chuj mu w dupę codziennie przed śniadankiem i basta.

A więc jeździ częściej do tej naszej kochanej, wspaniałej stolicy. Odkrycie wstrząsające, no po prostu brak pytań, chociaż tym razem znów wszystko odbyło się w sferze intuicji, instynktu, znów na Centralnym (tak, zaczęło śmierdzieć, zdecydowanie, tak, nadal stają mi obrazy z przeszłości, co to się zanadziało, filmy bym kręcił, przyjazdy i odjazdy), w biegu złapałem jej kocie spojrzenie, coś mnie tknęło i postanowiłem złamać zasady, usiadłem na miejscu nie dla mnie przeznaczonym, jebać miejscówki, a jak ktoś przyjdzie i zwróci mi mniej lub bardziej kulturalnie uwagę, to w ryj dać mogę dać. Bo lubimy kontrolowane emocje, dreszczyk dopo- i niedopowiedzeń. Ona. Trochę się zmieniła. Sweterek i spodnie te same. Fryzura i kolor włosów? Ten sam. Bardziej otwarta, poznała mnie, poznała, że ja też, nawet nawiązała bardziej niż uprzejmy kontakt, wymieniliśmy kilka slów na temat elokwencji troglodyty, mówiącego do nas przez głośnik o komunikatach na naklejkach, łotefak. Potem telefon odebrała, nie wstydziła się mówić, kokietowała? Lekkie wyrzuty, czyniła je mężu temu mężu? No chyba, bo przecież nie kochankowi, takiemu nie mówi się o niewyrzuconych śmieciach, no chyba że głębszy, poprzedzający rozstanie kryzys, ale wątpię, takie kobiety są wierne, wierne do końca, mojego lub jej, tia, przy czym wiara w takie historie z dobrymi, poruszającymi serduszko historiami wydaje się nadawać dla specjalisty, boć to jakaś grubsza jednostka chyba.  Nadal. Pociągająca, tak po swojemu, choć czytająca Angorę (z całym szacunkiem), może z nudów, choć i ja dziś nie lepszy, z ksiazką o dupach jakiegoś blogera, no wstyd i hańba, Mariusz Wilk toto nie jest, ani nawet wiecznie podróżujący Stasiuk.. Czegoś jednak brak. Jej skóra… Tak, trudno to sobie tak od razu uświadomić, senza zapach. Dlatego normalnie, nie przerywamy sobie zbytnio, czasami tylko obcinam, jak komornik wiadomo co, przed stacją mówi mi jeszcze naprawdę uroczo „do widzenia panu”, tak kiedyś taka mała bezczelna blondynka potrafiła, oj, tak, ale to było przed wszystkimi siwymi włosami. Nie, nie poszedłem za nią. Nie chciało mi się.

- Wiesz, w sobotę miałem lekkiego, no dobra, ok, nie lekkiego, a ciężkiego kaca, dlatego snułem się po domu, udawałem, że jest lepiej, niż było w rzeczywistości, no i z młodym zaczęliśmy oglądać telewizję, jakiś film familijny, ty słuchaj, no fajny, jakiś psiak, rasy Akita przybłąkał się do Richarda Gere, ten to się kurwa starzeje pięknie, no więc zaprzyjaźnili się, facet pracował jako wykładowca w innym mieście i miał taki poranny rytuał, szedł na dworzec, kawa od tego samego sprzedawcy,pewnego dnia ten piesek zaczął z nim chodzić i na niego wyczekiwać na tym dworcu, do późnego popołudnia, te powitania, naprawdę poruszające i nie nadęte; więc my se oglądamy, jest radośnie, ale tak mniej więcej w połowie filmu… no Gere idzie z psem na dworzec, po czym ma zajęcia, podczas których dostaje wylewu i umiera, nie wraca… A pies czeka. I następnego dnia też, i następnego, i następnego. Mijają kolejne dni, rodzina Gere’a próbuje psa przyzwyczaić do siebie, ale ten pies codziennie na stację biegnie, aby czekać, oni nie chcą go do niczego zmuszać, ale się wyprowadzają, pies zostaje, opiekują się nim ci wszyscy ludzie na stacji, a pies czeka, patrzy, siedzi, starzeje się, wypatruje… Płakaliśmy głośno z Krzysiem prawie godzinę, po czym na końcu przytuliliśmy się do siebie. Wiem, że czuliśmy to samo.

Ból zębów podczas oglądania telewizji nieustanny, oto snajper grasuje z wiatrówką, chłopiec dostał w plecy, a fotopstryk w nogę, ze śrutu, no żywe tarcze, oni tak na serio? Poza TV też jakby TV, wszędzie obrazy, jak z koszmarów, jak z tego starego teledysku Soundgarden, odjebana blondi na stacji benzynowej, tankuje, bierze wahę na fakturę, ciekawe, kurew prowadzi działalność gospodarczą, w jakim charakterze, wiem, okropny jestem, zawiść, tak, rozszyfrowaliście mnie, zazdroszczę, zajebałbym, no ba, z pewnością jej koleś nakradł, nadal kradnie, waży 120 kilosków, bęc mu się przelewa, złoty łańcuch, te rzeczy oraz pedalskie pantofelki od Hilfigera, no ale blachara jest blachara, tyle, że subtelna, bo i czasy sa inne, kultura wyższa. Rzuć go, ach, przemiń, bo wszystko przemija, może wkurw też, na wszystko i wszystkich, na to, że nie po mojemu. I niezrozumienie, co chwila spontaniczne zdziwienie, negatywnych odczuć moc, a to matka szarpiąca bogu ducha winne dziecko, a to inna rodzicielka, fokewulf jebany, bijący po głowie chłopca, podczas odrabiania lekcji, jak jego babcia, kotlety kupiłaś, jak zareagować, no jak, wyjebać jej z fleka, czy co, przecież to wszystko dzieje się, bo przyzwalamy, przyzwalamy na ciągłe skurwysyństwo, a przede wszystkim bezmyślność, noż gówno się czopuje w dupie, jak że można. Do tego męska kurwa panna Migotka, podczas slalomu do knajpianego kibla któregoś wieczora wyczułem ten zapach, od niego wszystko się zaczęło, Warszawo, odbiję cię z rąk i nóg, patrz, o słoikach nie było wtedy mowy, a teraz? Get out of my head jakieś inne… Tak sobie myślę, przypominam, stefa, wciągająca twoje gumki do włosów, zwłaszcza tą z kaczuszką, a ten jogurt waniliowy, ba, ciekawe, czy małżonek go używał kiedykolwiek, czy zlizywał z ciebie, wiem, pytanie nie fair, bo te twoje cycki, przelewające się przez moje ręce,  twój zapach i twój tyłek, tak cudownie ciasny, ale tylko raz, taniec prawie na rurze, wiesz, że żadna kobieta potem nie zrobiła przede mną stripteasu, a ty młodziutka taka byłaś,  no i wino, nie tyle, co teraz, wystarczały dwa na dwa łby, teraz więcej i więcej, bo i coraz więcej do zapomnienia, chciałoby się, ale nie ma jak zagłuszyć, będzie boleć nadal. Ten Centralny. Ta Centralna.

Przecież szukasz mnie tu, a raczej mojego wspomnienia, może też potwierdzenia, że znów założyłem maskę cynizmu i jestem prawdziwym panem C, nie tą prawie sympatyczną, choć marudzącą personą, gadającą tylko o życiu, wujkiem Dobra Rada teleportowanym do naszego krwiożerczego kapitalizmu. Ponoć. Cóż, pewnie już rzeczywiście do Ciebie nie napiszę. Ostanie słowa written by you, bez nawiasów, cudzysłowów dotarły z pewnym opóźnieniem, ale jednak, hm, no śpię twardziej, głębiej, a że śnisz się. Mi się. Chuuuuj tam. Nieważne!!! I tego się trzymajmy. Ja swoje wciąż, Ty tak daleko. I gut, kreacja dobrych mitów. wspomnień, bo wszystko przecież było tak ładnie narysowane, uszyte, jak dobre, wiosenne opowiadanie, mimo . Gdybyś teraz słyszała tę gitarę… Wiem, wiem, pojęcie obsoletów jest znane również moix, w tym wszystkim jednak chodzi o coś zupełnie innego, wiem, że dojdziesz do tego za lat fyfnaście, a może pięć. Soonner the better, dla Ciebie to również wskazane, ze wszechmiar pożądane, Ty musisz zrozumieć, nie chodzi o seks, nie chodzi o dupę, dom, mury i ładne projekty to nic, życie w ciągłym pośpiechu to również pułapka, chodzi o więzi, których nie da się histerycznie klecić i rozpierdalać. Pora niestety zdjąć okulary przeciwsłoneczne Nomen omen, więc nie bierz tego zbytnio do siebie), inaczej łatwo zbłądzić w tym tygielku guana, produkowanego przez kompany i kąpanych. Wiem, nie, nie chcesz zbytnio słuchać, to wszystko za późno i na próżno, moje wysmętnianie się, ale, hm, no widzisz, nie, nie boli, a zależy, tak, kolejna wizyta tam, w tym mieście za dni kilka będzie podobna do przedostatniej, nachlam się, pouśmiecham do kelnerek, kontemplując rzeczywistość, dear prudence, nie ma miejsca na gładzenie Cię po włosach, uczucie dojmującego osmamotnienia, tak, jestem duży, look around, lektury made in Russia, pamiętam, dawałaś wskazówki, co z tego zostało, no, tymczasem na Ukrainie śnieg spadł, w Rosji nadal nie grzeją, choć powinni, co ja mogę, dużych słów nigdy chyba nie chciałaś usłyszeć, Twój krok był, jest żwawy, szybki, zdecydowany, dlaczego mi wciąż się wydaje, że pragniesz czegoś innego, Juliett, szyszki, nie, nic nie rozumiem, nie, nie udaję, jestem mało pojętny, mimo, że na zewnątrz, oł je, oł jeeeeeee, looking for, chuj wie czego, nie wnikajmy, zestaw Lego 920, zaporowa cena 19 dolarów w Pewexie, do przełknięcia dzięki okolcznościom przyrody, nikt nie obiecywał, nikt nie kazał, ulica Wojska Polskiego, I like such surprises, ale to nie była niespodzianka, to był millestone, który wpłynął na całe moje życie, zresztą co ja pierdolę, to nie ma znaczenia, sweet home, you’re young, gratuluję, żyj szybko nie umieraj młodo, proszę, niech nie śnią mi się wreszcie Twoja buzia, śpiąca Ty, spokojnie, głęboko, z uśmiechnięta, z zamkniętymi, pięknymi oczami, które przecież zaraz, za kilka minut znów się otworzą i spojrzą na mnie tak niewiarygodnie ciepło. Z zainteresowaniem…przykrytym zmierzwioną grzywką.

Bajdełej zaręczam, że żaden z absztyfikantów tego nie odczuwa. Feel good. Enc.

- Wyobraź sobie, dziś przyszedłem po Krzysia do szkoły, oczywiście mało czasu, bieganie, w klasie po południu już prawie nikogo, tylko jeden chłopiec i jego ojciec, chłopiec, jak to chłopiec, wiesz, lekko rozkojarzony po tych wszystkich lekcjach, nie miał się czym pochwalić, bo źle mu poszedł sprawdzian, etc. Atmosfera jakaś dziwna, Krzyś się pakował, szczebiotał, tamten też, ale nieco inaczej, wreszcie ojciec zniecierpliwiony wypalił wiesz, takim tonem, kurwa, jak chory psychicznie faszysta, jakiś sadysta, cicho warknął, aby syn coś zrobił, no ale syn swoje, więc jeszcze raz, mały się ociągał, więc tatuś w pewnym momencie tym samym głosem powiedział całkiem poważnie, że jak zaraz nie zobaczy, że latorośl zacznie chodzić, jak w zegarku, to będzie ją musiał ukarać i zbić, na co ja kurwa stary pomyślałem o swoim pogarszającym się słuchu, może mi się coś wydawało, czy co, no dziecko robiło nadal wszystko po swojemu, w oczach pana z wąsami za wolno, po chwili więc usłyszałem coś w tym stylu, nie wiem, Jurek, nie potrafię ci zacytować, to było jak cytat z pornocha sado-maso: „widzisz, nie słuchałeś, teraz będę cię musiał zbić”, no więc wyobrażasz sobie abstrakcję, Krzyś na szczęście był poza salą, gdy ten facet wziął to swoje dziecko, położył i unieruchomił na stole i zaczął bić…
- No i co? Ty, no chyba wziąłeś go za frak i mu wpierdoliłeś, co?
- No właśnie nie… Nie wiedziałem, jak się zachować. Stary, po prostu uciekłem.
- I?
- Chujowo się z tym czuję.

Ty nie wiesz o moich dylematach i zapewne się nie dowiesz. Nie, nigdy nie spytam, przy czym owo nigdy to zamknięta czasoprzestrzeń, co do czasu to jakieś dwie godziny, no chyba, że ten skurwysyn pociąg się spóźni, ale co to, to nie, przecież wieczorem mecz jest, Zyga obiecał zrobić jakąś sałatkę, Jack Daniels też czeka, a więc umówmy się- dwie godzinki i styknie. Przestrzeń, hm, tu gorzej…, dwie godziny to aż nadto na zwykłe przytulenie się, na dobry, wyczerpujący seks również, ale nie, my mówimy o innej przestrzeni, zaczynającej się na peronie, podczas biegu do właściwego wagonu, bo pan Jerzy się zamyślił, coś go tknęło, dzięki Bogu, ale biec i tak było trzeba. Nie, nie myślmy jednak o końcu, choć to czasami tak ciężko przychodzi ot tak, łapką przegonić, na przykład te wszystkie niejasne przeczucia co do śmierci, która pewnie kiedyś, w coraz bardziej przewidywalnej perspektywie nadejdzie, tu mamy podobnie, śmiercią emocji będzie pewnie wspólne stanie na korytarzu w wagonie, potem niby przypadkowy spacer w tym samym kierunku. Tym ostatecznym, nieodwołalnym, niemym pożegnaniem będzie obserwowanie Twojej może nieco za dużej pupy, już, no widzisz, spoufalam się, podkręcam, a przecież nigdy, żadnej kobiecie bym tego nie powiedział i nie dlatego, że tyłki pań są apetyczne co do jednego (choć zaiste prawdą jest to i basta), ale dlatego, że nie wypada, no gdzież kindersztuba do kurwy nędzy, jak można sobie pozwolić na takie chamstwo, zresztą wiesz, umówmy się, tu nie o tyłek chodzi, tu nie chodzi też o cycki, tu nie chodzi o buzię, włosy zaczesane w kucyk, lecz o zapach. To coś, ta aura, która pcha mnie do rozmyślań, część mózgu prze do wyjaśnienia zagadki, szuka skojarzeń z przeszłością, podąża za nazwami perfum, kobiecymi imionami, czy to po prostu Channel no 5 tak dobrze na Tobie leży, czy też jest to jakaś inna klasyka, tak pięknie opatulająca cię, tak dobrze, że nawet to ostatnie „cię” chciałem naturalnie, z automatu napisać z dużej litery, ojej, ja już to wcześniej mimochodem zrobiłem, no zobacz, aż się teraz zawstydziłem, serio. Zanim powiem, co inna część mózgu zrobi, to najwprzód przyznam ci się (niech będzie z małej, tak będę mniej onieśmielony), że nigdy takich rozmów z kobietami nie uskuteczniam, nawet na dużej bani (choć może nie pamiętam… Ale jeśli nie pamiętam, to znaczy w istocie rzeczy nie i już). No więc co do drugiej części, powiedzmy- równej części mocy obliczeniowych, to pożytkuję je na różne psie myśli, jak Pankracy z Panem, co bym najchętniej, eeee, jak bym najchętniej z Tobą spędzał czas, no nie wiem, pierwsze skojarzenie, że leżysz, w łóżku, na boku, masz na sobie zwyczajną piżamę, dłoń masz pod policzkiem, patrzysz na mnie, swoimi zielonymi oczami, chyba tak- zielonymi, skoro już pachniesz Piątką, masz nieumalowane, lecz bardzo zadbane paznokcie i nie nosisz biżuterii, to muszą być zielone, no- no więc patrzysz, nie, nie będę tego trywializował patrzałkami i innymi esami floresami, patrzysz, ciepło patrzysz, a ja cię delikatnie głaszczę po włosach, przy czym pewnie ci się to podoba i nie myślimy o niczym innym, po prostu, jest romantycznie, jest prosto, nic nie jest skomplikowane, nie ma nic więcej, jest tylko to spojrzenie i moja dłoń na twoich włosach. Tyle o aktywności mózgowej, a raczej miłych rozmyślaniach, niespiesznie płynie czas, zapach nadal jest, unosi się, siedzimy w tym przedziale klasy pierwszej pociągu relacji waw-ldz, ty czasami patrzysz z zadumą przez okno, myślisz o czymś, o kimś, kto dla mnie w tej chwili jest nieważny, nie dlatego kontempluję, aby psuć nastrój, zwłaszcza sobie, skoro już tak miło się zrobiło, choć nie sposób nie zauważyć, że od czasu do czasu wysyłasz esemesa, może do mamy, lub ukochanego tatusia, który musi już być w podeszłym wieku, bo, zresztą znów, no po co patrzeć w metrykę, jestem od ciebie starszy, to na pewno, ale raczej nie o dwadzieścia, a o dziesięć lat, nie ma to znaczenia, bo to kobiety jak dobre wino, pod warunkiem, że korek za młodu nie będzie dotknięty pleśnią, bo wtedy to kaplica. I cóż, jakby na potwierdzenie tej hipotezy przed chwilą zadzwoniłaś do kogoś (drażnisz się ze mną?), aha, do mężczyzny, pytałaś, czy jest już spakowany, tak, tak-to mógł być starszy tatuś, milusio. Powoli kończy mi się koncept, sytuacja zajęła mnie na tyle mocno, że zignorowałem upływający czas, jeszcze ta piątka i głaskanie kołaczą mi się po głowie, jakieś wspomnienia jednak odkryłem, zakamuflowały się mocno, ale odkopałem, odnalazłem i niestety nie poprawiło mi to (jeszcze) nastroju, najpierw była piątka, potem Dune, potem jeszcze Tasha na moment, wąchałem jej pozostałości jeszcze długo, nawet na czerwonym socrealistycznym fotelu, podczas przesilenia totalny zjazd w postaci jakiegoś Picasso. Dobrze, że teraz pachnie latem made by Burberry, nieważne, z którego roku, do tej alabastrowej skóry wszystko pasuje. Lato z radiem, podczas gdy za oknem prawie mróz, dmuchawce, latawce, wiatr, wianki w Koluszkach, a tak zupełnie na marginesie- pociąg, mimo buńczucznych zapowiedzi konduktora jednak zatrzymał się przed stacją ldz Widzew.

- Przepraszam panią….?
- Tak…?
- Wiem, że to strasznie głupie, ale nie mogę się uwolnić od pytania, proszę mi tego nie mieć za złe…, czym pani pachnie…?
-

Tata weslesi na gure
Gdziejestesi
Tata iestesi na dole
Kiedy zedziesz
Tata
Tata zeszlesi z gury

Podziwiam Zygę, tak, wziął się ładnie za siebie, nie pali, pije, ale to szczegół przecież, ładnie schudł, przypomniał sobie o młodości, kiedy to bezstresowo właził na jakieś Orle Percie i inne percie, o kobitach i wdrapywaniu się na ich że tak powiem wdzięki nie wspominawszy, tak, gnał jak kozica, a teraz słyszę, że te kozice to mu się przez obiektywem kłaniały, ale głupol wziął tylko szerokokątny obiektyw, więc ewentualnie zwalić sobie mógł, bo nie mam broni, zostawiłem u rusznikarza, nie mam kurwa broni. Jednak co zobaczył, to jego.

- No czemu mi nie odpisuisz
-Hihi :)
- Lol
- Buzi Synek, bądź grzeczny! I po południu u Cioci też!
- Ok

- (…) Mama namie kszycz Imuwi rze niebedzie mi zwracać uwagi
- A czemu krzyczy?
- Bohciałe zabaczci 1gre

Podglądanie dzieciństwa. Na tych starych zdjęciach byłem inny. Brałem się za odkurzacz, trzymałem się dziadkowej kindersztuby, bo nie mogło być inaczej, a kiedy zostawałem sam w domu w wieku lat kilku, to walczyłem tylko z demonami, cieniami, mrokiem, do kuchni nie chodziłem, bo tam wiadomo, co się czaiło, no więc najbezpieczniej w łóżku, poza tym odgłosy sąsiadów z góry, biegający pies o perwersyjnym imieniu Flora, tak, Setter to był, jaka rasa? Flora jadła stare pieczywo, które nam zostawało, poza tym była kochanym psiskiem, w każdym razie podczas samotnych wieczorów wyobrażałem sobie wspólne hasanie po Parku Śledzia, etece. Miłe. Na kolejne zwierzenia jednak nie czas. Matka zawsze mówiła, że byłem spokojnym, zrównoważonym dzieckiem. Tak, nawet wiem, dlaczego. Bogate życie emocjonalne, ale w środku, tia, zostało mi to do dziś, lubię, lubię sosik wokół zawijasów, auszpik jest the best, choć może nieco za gęsty, tymczasem uwielbienie do zrywania się ze smyczy pozostało, upodobania i niechęci, tak, antypatyczny ze mnie chujek, Ich weiss.

- Czy dziecko, które śmieje się przez sen ma szczęśliwe dzieciństwo?
- Nie wiem, Zyga.

Ze jestem skomplikowany? E, tam. Jestem prosty, jak konstrukcja wiadomo czego, choć pewnie dla dzisiejszej młodzieży sprawa nie wydaje się być tak ewidentną. Trudno opisać, może po prostu mam niezłą matrycę z szerokim za przeproszeniem zakresem tonalnym, szkła jednak nie te, palce odrętwiałe, o oczach nie wspominając ( no i te soczewki, tak baj de lej, caly czas mi oczy lekko łzawią, żebyś wiedziała, jak bardzo to wkurwia, to dlatego tak często bywam podminowany prawie bez powodu, prawie, bo zawsze coś by się znalazło, paragrafów wszak w chuj, a tu kumulacja, Moja Droga), a co do przetwornika, no cóż, procesor starej generacji, datowany pewnie gdzieś na rok 1900, tak, romantyczna dusza w nowych czasach, taka nasza wersja dla ubogich, łatwo się wzruszać i jeszcze łatwiej zapominać, przemyka przez palce wszystko, mniejsze i większe unisono, nie wiem, może to za jakiś czas rzeczywiście nie będzie miało znaczenia, ale chwila, chwila, na sąsiednim stoliku tego sympatycznego patio, w którym posadziłem dupsko stoi reklamówka Aperol Spritz….. Jak dużo dobrych wspomnień, beztroski… Szkoda, że ten sąsiedni stolik należy do innej knajpy, fak, lizania marzeń przez szybę ciąg dalszy.

A więc letnio, coraz bardziej, dobra, wysoka temperatura, przygotowania do ekstremalnych temperatur idą pełną parą, dobrze mi tak, wygrzewać się, mieć w dupie, leniwie jeszcze myśleć o obowiązkach, ale coraz więcej czasu spędzając na rozmyślaniach o detalach, scenariuszach, to i owo. Nawet lektury wakacyjne pod rękę wpadają jakby chętniej, one wiedzą, co lubię, ot, nutka melancholii, akcja, pornodramat sensacyjny. Jak zawsze. Chyba, że Pilch się przypałęta, o, to gorzej, lub nie daj Boże Bieńczyk, obaj panowie szybko mnie sprowadzą do parteru, zmuszając do- tfu!- intelektualnego wysiłku, a przecież jestem alkoholową inteligencją, więc a kysz Szatanie, poza tym lubię szumu morza słuchać, a wtedy wypierdalać, no chyba, że kontemplacja krągłości leżakowych, położyłbym rękę na twymłonie zaiste chętnie, jeszcze chętniej kilka palców włożyłbym w owoż, coby poczuć wilgoć, podniecić się together, prężykuśka i inne sprośności. Tyle, że o nie literatura.

Ta sama muzyka, ten sam adres. Jakze inne stany. Breath control. I w ogóle, po przemyśleniu, lato jest ciężkie, mentalnie. I te jakże odkrywcze refleksje, że najbardziej lubię relatywnie nieduże, jędrne cycki, mieszczące się w moich (przecież niezbyt dużych) dłoniach. Takie, jak Twoje. Mówiłem Ci to wiele razy, ale nie słuchałaś uważnie, albo wiesz swoje, albo myślisz, ze tak gadam, bo inaczej nie wypada.

Te podróże pociągami. Dziś za dużo znajomych, od samego początku, wypad do wawy ze znajomym, miałem znów czytać, a jednak rozmawiałem, potem znów na Centralnej jakaś znajoma twarz sprzed lat, no nie mieliśmy się gdzie spotkać, no rzesz, może ten lunch w przyszłym tygodniu nie jest złym pomysłem, choć to dziecko, syn w drodze, ciekawe, czy zdążymy, czy znów za 10 lat uda nam się skoordynować kalendarze (wątpię szczerze). Wreszcie podczas powrotu znów na dworcu znajoma twarz, jakże ucieszyłem się, ze nie musiałem znów konwersować, dziś odbieranie, a nie dawanie, poznawanie ludzi, chłonięcie ich min, póz, doli i niedoli, kurwa, tylko dlaczego niektórzy z nich tak przeraźliwie śmierdzą, na zwykły dezodorant nie maja kasy, nie wiem, tory, czy perspektywa faktycznie się rozszerza? Musze sprawdzić przy wysiadaniu, już pierdolę od rzeczy. Kłopoty z dojściem. Zwłaszcza od tyłu. Po ciemku nie wyjmuję z majtek.

Po kilku tygodniach krk. Znów. Upały. Lupo, dobre, trzy dni kontemplacji mariackiego. Rozmowne kelnerki. Ja mniej. Kartka z wyznaniami. Niepotrzebna. W łóżku basen i nieczynny wiatrak. Kraków nie śpi. Ławka na plantach. Ta sama. I jakże miłe ukłucie, choć przecież smutne nieco, time is ticking out i przepraszam, czy mogę sei przysiąść? Nieumalowane paznokcie versus pazury zrobione. To taka gra tylko. Tak, przechodziliśmy, z tragarzami. Głośno. Tak chciałem, abyś zdjęła okulary. Nie śmiałem prosić. Jak nie ja, taki podstarzały wujek, coś pierdolący, wujek dobra rada, tak. Nie tak chciałem. Kolejny raz nic nie wyszło. Potem jako reakcja sklep leiki, hedonizm i zrozumienie. Czemu nie piszę. O tęsknotach nie śmiem. Inaczej. Szukanie odpowiedzi.

Tymczasem M. wysypal się Zydze z wyjazdu w góry. Dissapointment zgasił kolejnymi zakupami rzeczy z łapą. Będzie zabawnie, starting from tomorrow i welcome to tomorrow. Tylko wróć kurwa i nie ryzykuj zbyt dużo- powiedziałem mu na odchodnym. Wiem, że warto, ale jednak. Tomorrow? Kurwa, ileż razy można używać cytatu: past is the past, jak dobre ćwiczenie A/i cóż, że cesarz ze Szwecji? Liczy się dziś, jak śpiewali w sztuce „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna”- używajmy póki czas, jutro może nie być nas. Nie będzie, rzecz jasna, choć czy to wystarczający powód, aby podnieść słuchawkę, cokolwiek to znaczy?

- Dzień dobry, 203 poproszę.

- Dzień dobry. Ale nie 203, tylko 204….

- Yyyyyy?!

- 204. (Uśmiech)

- Ale przenieśliście państwo moje rzeczy do innego pokoju, bo nie rozumiem?

- Nie, mieszka pan w 204, wszystko w porządku.

- A nie było 203?

- Było…

- ???

- Ale dziś zmienialiśmy numery pokoi… Na drzwiach pokoju, w którym pan mieszka jest już nowy numer- 204…

   Nie wiem, czy to w ogóle czytelne, co się stało, te dialogi zasłyszane, ale źle interpunkcyjnie rozegrane, coś gdzieś kuleje, a przecież chodzi tylko o to, aby pokazać z deka absurdalną, ale też sympatyczną sytuację, w której to zmieniłem numer pokoju, nie zmieniając pokoju, a raczej mi zmieniono, ale to dodatkowo gmatwa, a o czystość przekazu się rozchodzi. Tak, to prawda, nie umiem opowiadać jak Malicki, czegoś mi brakuje, pewnie nie słuchu muzycznego, a tego ważniejszego, literackiego, on to jest potrzebny do tego, aby zwinnie zawinąć jednym, dwoma słowami i mieć z bani, bo czytelnik już się uśmiecha, a może przerywa na dłużej lekturę, coby przemyśleć, tak miałem przy ostatniej książce Bieńczyka, gdzie co i rusz przystając w lekturze nie wiedziałem, śmiać się, czy płakać wypada, bo zdania skrojone genialnie i ze swadą, a nasycone taką mądrością, że panie Bieńczyk, och, żeby pan wiedział… No cóż, a ja męczę i stąd nie piszę, bo o czym, smęty, okruszki (spanie na okruszkach? Nie jemy już w łóżku chlebka, bo ci będzie to potem przeszkadzało i w ogóle), ale na wspomnienia z dzieciństwa chyba jeszcze nie czas (chociaż to drażliwy temat, a nuż za kilka lat już w ogóle nie będę pamiętał zbyt wiele, tylko jakieś obrazy, no i zapachy, o tak, te tak, zwłaszcza te wielokrotnie złożone, no co wtedy, no co- poczucie straty będzie jeszcze większe), wzdech, nawet listów do ważnych osób nie jestem w stanie uklecić, choć wydaje mi się, iż pióro/długopis/ołówek nadal w dłoni trzymać potrafię. Didżej Buch i Buchmacher.

Kraków. Kolejna wizyta, ta nieco dłuższa niż ostatnio, niestety pełna mniejszych i większych rozczarowań. Otóż: wino i sałatka w ulubionej knajpie na rynku nie smakują już tak, jak dawniej, o kucharza nie będę pytał przecież, ale coś umknęło, może manager za przeproszeniem duźda koszty, choć pod koniec częstował mnie, jako stałego klienta (?) kieliszkiem prosecco (po jedzeniu??), nawet zagadywał sympatycznie. Burdele chyba pozamykali wreszcie po tym EURO, bo i panienki na Floriańskiej nie próbowały na siłę zaprosić do klubu, choć, o przepraszam, ulotki jednak doręczono, dobre zakładki do książki, a jakież cytaty cudowne, the newest and the best Strip Club in Old Town, Jacuzzi room with girls (I trzy wykrzykniki), two clubs one entrance fee (trzy wykrzykniki, ale zaraz, a tego nie rozumiem, dlaczego być może i o co chodzi z tym drugim klubem, azaliż o zwykłym, ordynarnym burdlu mówimy?), do tego 6 vip room’s no i jak komu mało atrakcji- bechelor party (kurwa, studniówka, czy jak).  Najlepsze jednak jak zwykle na końcu- girl’s to the conversation, coś już może bardziej z tej jakże szerokiej oferty dla mnie, choć z prawdziwymi dziwkami to się nawet gadać nie chce, chyba, że słuchać o ich życiu, ale to po głębokiej wódzie, gdy socjolog już włączony), jednego wszakże w swojej naiwności nie ogarniam, po co komu guest room above our club, ale let’s leave it because of blue Monday i life is brutal, bowiem antykwariat i księgarnię przy Szpitalnej zamknęli byli, a hotel też zapuszczony. O pogodzie nie wspominam, na Brackiej permanentnie padało i pada, a w zasadzie napierdala deszcz. Tak, coraz częściej zgadzam się z dużą rzeszą naszego społeczeństwa, to wina Tuska, wszystko to wina naszego i ich lenistwa, bylejakości, to kara za ministra, który będzie odbywał z wykonawcą drogi męską rozmowę, bo tamten się nomen omen opierdala, ale śpieszę się, b, bbbbardzo mi miło, niech pan minister siada, dajże spokój z tym ministrem, dawne czasy, jak ci na imię.  I jak by tego wszystkiego było mało, w sklepie ulubionej marki aparatów kolejne rozczarowanie, spodziewać powinienem się sprzedawcy-pasjonata, a znalazłem bardzo wycofanego tłuczka, pryszczatego, może to owe wycofanie tłumaczy. Ano wszystko jakoś tak. Czyli nie do końca jeszcze spierdolone, ale dużo ambiwalencji, takie to po krakowsku zwyczajnie spowite aurą beznadziei, choć nie sposób tego sosiku ze zrazami nie lubić, takiego domowego obiadu u mamy raz na jakiś czas. Byle nie za często, bo w boki wchodzi, że hej. Na Bronowicach podczas wesela to co innego, no ba.

Dobry teledysk o kaczkach-mordercach, jak najebane w psychice trzeba mieć, aby coś takiego wymyślić. Mr Oizo to przy tym cieniak. Zbliżamy się powoli do inwazji serków Hochland.

Kolejny dowód na brak subtelnego słuchu literackiego. Dialog rosyjskiego klienta z ekspedientką w ekskluzywnym sklepie z ubraniami:

- Should I give you my passport number to receive this premium consumer card?

- What?

 

Poza tym smutno. Kolejne rozczarowania, rozterki, kolejni ludzie okazują się zwykłymi chujami. Zawody w robieniu z siebie wała, niezłe, szranki i konkury, ech, no i te słowa, zaczytane, nadal tak mocno siedzą w głowie, to kochanie, ta blondi (blondi??? Ja bym się nie odważył, na słowo honoru), kochanie, ten prezent, prezenty, jak zawsze, niepamięć, zapomnieć, cofnąć czas, choć może ożywcze są takie historie, ja nie wiem. Staram się, ale nadal boli. Po prostu. Może stąd tyle prezentów w walizce i serce na temblaku.

Ciekawe, czy jazz też się popsuł w Krk. Sprawdzić? Jednak nie. Lepsze dobre słuchawki Sennheisera, choć ten jebany deszcz, no nie wiem….

Chłopaki podczas treningu w szkółce piłkarskiej- „Ej, prawda, że Lewandowski wymiata?”

W sumie po co to wszystko, eraserhead, w pizdu wykasować, projekt się nie udał, prawdziwej fabuły pewnie już nie będzie, coraz głębsze dygresje na temat dygresji, skomplikowane słowa najchętniej przykryłyby banalną prawdę, że chujowizna, optymalizacja, asortyment, słychać końskie kopyta na nierównym bruku, idolatria, a co to kurwa jest, no przecież kult idola, takie tam, mydełko Fa. Rano pociąg do Łodzi, do domu, ta, będzie kolejna próba przekupstwa, ale najpierw trzeba mi znieść smród pociągu i smutny widok tych wszystkich pustych peronów stacji Kraków Główny, na którym czasami i kierunki się mogą pomylić. Wzdech, wydech, zadech i zadek. I mimo wszystko, a może właśnie dlatego Łódż coraz bardziej wydaje się być smutnym, jak pizda miastem, zabitym dechami, aby tylko się nie rozpadło.

Na dworcu pomogłem miłej pani wnieść walizkę po schodach. Dziękując z uśmiechem stwierdziła, że dzięki temu będę mógł dziś dwa razy zgrzeszyć. Sympatyczna myśl, ale w pociągu? A tak w temacie kolejnictwa… Jak to możliwe, że pociąg z Warszawy do Wrocławia jedzie 7 godzin?

Tego chyba mi nikt nie zabierze, to była najbardziej udana próba cofania czasu, wiadomym wszem i wobec było, że ślubnego kobierca nie stanie, ale… No właśnie, może chociaż jakiś powrót do korzeni, mimo, że te wszystkie nasze dzienniki pochowane już głeboko, w dzisiejszych czasach takich dialogów się nie cytuje, to nieprzyzwoite, out of mainstream, dla kogo, dla tych półgłówków, co to nie rozumieć, co to mymłon, pierdolą się może czasami, ale co to za owoc żywota mojego, no kurwa, nie przesadzajmy, wtedy to było wykwintne, jak Cadburry o nadzieniu karmelkowym, podlewane jakimś półwytrawnym, wyczekiwanie, czy jesteśmy w stanie, chociaż zainwestowałem nieco, a że ręki do pewnych spraw nigdy nie miałem, ściany wyglądały, jak wyglądały. Pachniałaś inaczej, to już nie był Cerutti 1881, którego wybraliśmy razem, Mamma mia, ten seks wtedy, kurwa, nigdy później, no, to był jakiś waniliowy kompromis, mimo to zapach rozsadzał moją chuć, przypomniałem sobie to wszytko, ten zabudowany balkon, do dziś koło niego przejeżdżam i nie wstydzę się tego, tak, koło bloku stoją jakby te same auta, ale przecież 15 lat minęło, co, stoita w miejscu? Ale nie,  wtedy w miejscu nie staliśmy, miałaś na sobie białą, sztruksową koszulę, koszulę mojego ojca, przeszyliśmy guziki i było fajnie, o tak, w głowie szumi jeszcze twoje najlepsze zdjęcie, oj, ładna tam byłaś, zawadiackie spojrzenie, nie miałaś nic przeciw, poza tym ładnie grałaś na gitarze, kurwa, pisałem o tym nie raz, no więc wróćmy do seksu,  wtedy łatwo było to wszystko zdjąć z cię, wspomnienia, obrazy, nawet zapachy, tylko smak ostry, potulność, tak dobrze znające się ciała, co ja mogę, dałaś mi się więc na tacy, do tego pod koniec wzięłaś go do buzi, ja się spuściłem, rozkosznie napomknęłaś, że nic się nie zmieniło, choć oboje tak dobrze wiedzieliśmy, że o powrót do grania w chuja na dworcu w Zakopanem trudno. Ciekawe, co u ciebie, skarbie, raz na jakiś cza przyśnisz mi się niepokojąco, ale to nie wzbudzi we mnie na tyle wielkiej energii, aby przerwać krąg mikczenia. O nie, nie teraz, nikomu by to nic dobrego nie przyniosło. Playboy mommy, czy wiesz, że basenu, gdzie razem czytaliśmy pod drzewem Joyce’a już nie ma, tak, biurowiec będzie, jego users czytać pewnie specjalnie nie będą, chyba, że instrukcje obsługi gaśnic pianowych, no ale chuj. Taka karma. Czy Martyna Jakubowicz still alive?

Przecież samotność nie jest niczym złym, tak się to wszystko miało jakoś zacząć. Wymyślone w relatywnie luksusowym pociągu relacji K-W. No, nawet gniazdka w przedziałach były, wi-fi i kelnerzy, podający dobrą kawę w porcelanie. Potem jednak kolejne, bynajmniej nie kolejowe warstwy przygód. Baltazar Gąbka. Another dobrą kolację z me, myself and I, sałatka, jakieś wyjebane, jak teraz mówi młodzież wino, no w kadym razie all that folks przykryły lektury przypominające o upływie czasu, gdzieś nawet Twój zapach beznadziejnie uleciał, z pościeli już dawno, ale też z książek, z zakładek, z koszuli, choć tu akurat był wyjątkowo nietrwały. Kobiety? Inne kobiety? E, nie, to byłoby zbyt banalne. Jak można mnie podejrzewać o takie błazenady. Myśleć pętem? Pytą?  No proszę. Pyta też ma pamięć, pamięta wejście tuż po, te rozkoszne widoki.  Poza tym, poza pozą. Rozum też ma swój Mandingo. Pamiętać Twój wyraz twarzy nade, mimo upławów czasu. Co poza pozą, trochę zdjęć, ale nie były najlepsze, ot, takie pstryki, krakowskie, krówskie, góry oczami cepra, co to zachwyca się wszystkim, starając się dokooptować, ale gdzie tam.  No chances at all. Ty odjeżdżasz na motorze po przegranej bitwie, którą prowadziłaś z ukrycia. Tak, chwała powstańcom styczniowym i żołnierzom wyklętym, w ustach posmak dobrej whisky, pitej w doborowym towarzystwie, ten smak luksusu, potem dla kontrastu Biedrusia ze swoimi frykasami i everfreshami over 40%, no w łeb lekko daje i bije, koniobijcom na pohybel. Kilka dodatkowych bodźców, piękna pogoda, sekundy z dobrym samopoczuciem na ty, po czym dla wyrównania rachunków długi pogrzeb rówieśniczki, tak, tak, rak, jak zawsze to jest rak, bo nie wypadek, masa zdrowasiek w ramach różańca w nieogrzewanej kaplicy, czy rzeczywiście to ma jakiekolwiek znaczenie, no bo zwątpienie przychodzi, zwłaszcza, że za plecami jakiś baryton o drewnianych uszach, no nie wiem, Dumbo, Bambo, choć ten ostatni na salonach, więc chuj wie, no dobrze, no comments. Dlatego nie piszę, bo o czym, o tych ciągłych wzlotach i upadkach? Przecież czytelnictwo zamarło, jak te głupie, choć niebrzydkie studentki, przyznające się bez żenady do nieczytania w reakcji na mój. Czy proszę o zbyt dużo? Choć. No i czy twoja miłość jest wystarczająco silna?  Czy w ogóle występuje takie zjawisko…Wiara? Ale w kogo. Na przyszłość, któryś musi być lepszy, skoro ma być. Gdzie pracujosz, tam nie jebiosz, jak mawiał Sasza, który szosą sobie szedł, chuj wie, dokąd. Pytanie, czy doszedł, no i ile razy.

Poematu dygresyjnego ciąg dalszy. Korkociągu tysz, ale bez lachociągu, lub lacho ciągu, jak by chciał pan edytor, dębina mu w dupsko. Wciąż ta sama miejscówka, tak samo siermiężna, choć w sumie i sympatyczna, jak przemieszczacz, który mnie eksportował do tego cudnego stadta, jedynej rzeczy, do której się nie przyzwyczaję jest zawsze ten sam smród szczyny pod wiaduktem, zhreśtą pod wiaduktami jebie, że always on my mind, no nie wiem, ten sam kurwa małpolud szczy wszędzie? Krótkie, kurtuazyjne spotkanie w knajpiszczu rynkowym, które przerodziło się w podlany morzem ciężkiego, czerwonego wina z Marche,  upstrzony błyskotliwymi dykteryjkami dyskurs quasi-filozoficzny o życiu, jego przejawach, dlaczego warto mieć dzieci i dużo pieniąchów oraz w jaki sposób za pomocą modeli ekonometrycznych mierzyć coś, co jest z mety niemierzalne, no wtf. Zmęczenie, potem marzenia, samotny spacer na wpółprzymkniętych ślepiach, „fantasmagorycznie”- mówiła zadowolona z siebie tamta blondynka, tak, też mrużyła oczy, tuż po dobrym rżnięciu, sex, drugs and rock and roll, to były czasy, no ale bądźmy szczerzy, już wszystko zdechło, kutas na zawołanie sztorcem bynajmniej nie staje, ze wspomagaczy nawet tabaki zabrakło, a co do muzyki, no, jak to Metz ostatnio przyznał, w ostatnich latach nic w muzyce interesującego się nie zadziało. Nie ma hitów, choćbyś się zesrał w pociągu „Stoczniowiec” relacji Kraków Główny- Gdynia, też Główna, a jakże. Spacer. Bo? Bo jajco, bo dieta, a raczej zdrowy tryb życia, przecież trzeba wychuchać swoją porcję ćmagi przed snem. By the way dobry wieczór, może spędzi pan trochę czasu w klubie ze striptizem? Nie, ale dziękuję za zaproszenie. Jak pan chce. (Czy w tym wagonie są pchły, kurwać?) Co pan chce? Nie wiem, nie wiem, choć wydaje się, że wzrok jakby z wiekiem się polepszał, w sensie, że widać więcej i szerzej, jak dzięki dobremu słoikowi, dla przykładu C17-40/4 USM (Choć dystorsja i winieta niebagatelne). Wokół barwnie, mimo bardzo późnego wieczoru, tałatajstwo wyszło z piwnic, o mało zębów toto nie wybiło na tych wszystkich stromych schodach prowadzących do i ze, jedna Lola drugiej Loli mówi, że ją pierdoli, fuck you i have a nice day, wszystko zorientowane na amantów z Królestwa Albionu i Armagedonu, jak również półwyspu pirenejskiego, nawet żule, no bo: ekskjuzmi (łapka wyciągnięta po monetkę, albo banknota), for bir, ale szybka kontra, sorry, nie da rady, no i jakże przytomna riposta, ale i tak dziękuję. Naleśniki Speedy Eddy, zapewne, do kibla zapierdalasz bez żadnej zwłoki, tymczasem z prawej atakują mnie zwłoki jakiejś Loli, forpoczty większej grupy zombiaków, czy może pan jej powiedzieć, że ochujała? Po polsku, czy włosku? Eeee, polsku. A, to trudniej będzie. Jarmark adwentowy zamknięty, tak, całe miasto zamarło w oczekiwaniu, ale jeszcze nie wypatrują Chrystuska za oknem, szaleństwo zakupowe dopiero się zaczyna, mimo, że handel bardzo chciał nas w tym roku przekonać, że po Zaduszkach to już right time na renifer ki i choinkę, kurwa. I znów: dobry wieczór, klub ze striptizem? Pytanie, czy powtarzać zdanie uprzednio napisane trzy razy z rzędu, ale taka jest szara rzeczywistość, klient nasz pan, jednak coś mi się nie chce wierzyć , że tylu harcowników chce zaruchać at this time, może to pozostałości burdeli, czy też jak je tam zwał, klubów nocnych po jakże udanych mistrzostwach Europy w gałę, hm, przegrzanie koniunktury. Du ju spik inglisz, zaprawdę piękna blondynka na kolizyjnej, nie, ja po polsku, a to sorki, nie będzie dmuchania, ja tylko za dewizy. Zapachy młodzieńcze, świeże mydło i las, ale na chuj mi las, skoro przede mną dupa z kolem, on wpierdala kebaba, rozrzuca mięchem na lewo i prawo, staram się zachować  powagę, ale nie mogę. „Listopad” because the leaves are falling? Po polsku też to brzmi mało przekonująco, listowie spada, a listów poleconych lepiej nie odbierać, bo na pewno wezwanie to do zapłaty. Jednakowoż w tej chwili potrzebuję jedynie mięciutkiej, ciepłej, wprawnej, kobiecej dłoni do zwalenia konia, delikatnie, acz stanowczo, za a nawet przeciw. Czyli na konie tradycyjnie. Grucha dla drucha.

Tej nocy jakoś niespodziewanie do sypialni zajrzała śmierć, tak zwyczajnie, usiadła mi na piersiach, czułem ją wszędzie, mimo, że nie smierdziała szczyną, nieprzetrawionym alkoholem, nie, nic takiego, delikatnie oddychała, tak sobie siedzieliśmy, przyczym zastanawiałem się, czy naprawdę tak bardzo chce mi się żyć, aby dotrwać do rana. Wyłączanie członków, jednego po drugim, ręce, brzuch, nogi rzecz jasna najszybciej, wiele myśli przed oczami, dziwny spokój i dziwna pewność, że to ten decisive moment, tym razem to nie Cartier- Bresson nacisnął spust, to ja przebudziłem się bardziej, wewnętrznie stwierdziłem, że a nuż będzie zabawniej, niż dotychczas, może będę wreszcie w stanie docenić bardziej fenomen tego, co dookoła, tak, wiem, grafomańsko brzmi, ale to czuje się raz. Więc powiedziałem śmierci „papatki”, mam nadzieję, że na dłużej, wtuliłem się w kobietę, leżącą obok, zastanowiłem się, skąd ten pierdolony brak empatii, hedonizm na trzy czwarte z brakiem jakiegokolwiek poczucia winy, że co, że spływa ze mnie, jak po kace, że kupsko płynie, a ja nadal tkwię w tej krainie? Oj tam, oj tam?  Nie- tu. Tu i teraz, a przecież nikt lepiej za mnie mego życia w stanie zasadniczo nie jest.  Lekko bolesne przemyślenia, ile się spierdoliło, ile się jeszcze naprawić da. No jaki mądry byłem, gdy zasypiałem.

Następnego dnia z tą samą kobietą z łóżka kochałem się, a było to połączone z doznaniami od dawna nie przeżywanymi. I nic to, że wiele wina popłynęło zanim poczułem to, co powinienem był poczuć już jakoś dawniej. Jakiś dziwny smak, nie Polski, a raczej stepów dalekich.  Bliskość i chęć utrzymania tej bliskości na jak najdłużej, czy tak się da, bah. Można? Można, kolejnego dnia bawiłem się z jej synkiem długo, do późnego wieczora, on wciąż ustawiał nowe i nowe ludziki z lego, ja pośpiesznie konstruowałem kolejne statki, samoloty, w międzyczasie zmieniałem muzykę, nawet jakiś Rachmaninow się przewinął,  kolejne dobre wino i brak poczucia winy, może faktycznie tak trzeba żyć. Wiem, banalnie. Tak samo jak śmierć na posterunku, wczoraj się pracowało i pomagało tym, którzy umarli, a dziś się samemu między tychże przywołanych umarłych wstąpiło, modlitwy, trzy zdrowaśki i wieczny odpoczynek, pan proboszcz ze swoimi zaświadczeniami, chuj panu w dupę i niech pan się nie pojawia na kolędzie, bo w ryj dać mogę dać.

Trochę więcej uśmiechu. Wbrew wspaniałej, wszechpotężnej mglistej czujni, która w tym niespokojnym narodzie wywołuje konwulsje i złość.  Mało mądrości, choć Ty mądrzejsza jakoś. Ja również. Przepraszam, że męczę. Doskonale wiem, że za każdym razem odezwać się będzie coraz trudniej. Allora Good luck and good night. Obrazy, tak jak zdjęcia pewnie zabiorę ze sobą do grobu. Będą to słodkie zdjęcia, mimo surowego entourage.

Tak, tak, podniosłem się. Raz jeszcze. No problem at all. Pomógł Ketonal, jakiś inny lek również, co tam brał ten no, doktor Who Or doktor No, doktor, w sensie, że House, kto pamięta jeszcze Daleków tak na marginesie, no więc to też. Medykamenty dobrze, choć subtelnie dają w beret, ja rozumiem. Pełna akceptacja. Powrót do źródeł. Najpierw był Grześ Turnau, cośtamcośtamobrackiejburackiej, ale wcześniej jeszcze o innych możliwościach spotkania się, o bananach w ustach, teżewe i etece. W zasadzie nudy, panie. Potem głębsze jeszcze jellyfishes, tak, ta armada niebieskich główek. Więc jedna pani doktor i druga takie mądre. Oświadczyły, co następuje, zarządziły rekonwałę, nie wiem. Może. Nie wiem, czy się da, choć zwalenie gruchy koi wszystkie bóle. No, może nadal zbyt gwałtownie zginam kark, czasami coś przeskoczy, ponadto dynamometr pompki po lewej pokazuje zbyt wysokie wartości, przerasta po lewej, ale chuj tam, wszak zawsze był to przerost formy nad treścią. Pamiętać jednak należy, że nie jesteś dwudziestokilkulatkiem, ani dwudziestokilkulatką. Teraz to już z górki, więc czas za mordę się wziąć. Podróż do Rumunii o dziwo nie wypali, może wiec do Bułgarii, a żeś nie Żyd, no, może w piątym pokoleniu, ale to tylko kapinka krwi, no czyli możesz do Burgas polecieć, najwyżej wpierdol za spojrzenie dostaniesz. Urocze.
Obiecuję. Za wiele. Sobie. Że będę. Że już never, ever and forever. Wiem, czasami coś telepie, jakieś reminiscencje, ale przecież to tylko przeszłość. Nią żyć? A czy na to zasługuje? No tak, wiem. Tak, tak. Pora więc na przeprowadzkę na pewien czas. Będę wypatrywał. Jak białego szkwału. Mam nadzieję, że kogo jak kogo- ale mnie nie zabije. Wszak nie takie rzeczy żeśmy w Pułtusku.

Zresztą, może dosyć już tego pierdolenia.

- Krzysiu, słyszałem, że jedziesz na działkę do dziadków?
- Tak, wujku, zabieram swoje zabawki, hulajnogę…
- A jest tam telewizor, na tej wsi?
- Tak!
- A jakie programy można tam oglądać?
- Jedynkę, dwójkę i trójkę.
- Fajnie, a telewizor jest kolorowy?
- Słucham?
- No czy jest kolorowy?
- Nie, czarny, a co?

Suwaki w Lightroomie poprzestawiane, saturation bliskie zeru. To dlatego wszystko się zrobiło lekko wyjebane, że tak powiem. Smutnawo, bo wciąż te reminiscencje. I jakieś nowe słowa, określenia, robienie dzbanka, nie klocka, Zdzicha, a nie Henia, pogmatwane to wszystko. Nie tak, jak w Kaufland i Weltbild. A w tym ostatnim to i nawet sprzęt do majsterkowania już można kupować.

- Proszę pani, a co to jest?
- To jest proszę pani wiertarka udarowa.
- Aha, a dlaczego ona jest przeceniona ze stu dziewięćdziesięciu dziewięciu na dziewięćdziesiąt dziewięć?
- Bo udar nie działa.

Zamiast pointy match point. Znów trzeba bronić korzystnego wyniku.

   Usiadłem w ogródku jakiejś knajpy, czynnej non-stop, tak, czynny aż do odwołania, to Świetlicki, czy jak, pani podeszła, zamówiłem dużą, czarną kawę, mimo, że korciło mnie piwo, najlepiej duże. Ale nie, nadal trochę za zimno, dzięki Bogu płaszcz wziąłem, aż trudno uwierzyć, że za kilka dni nadejdą pierwsze w tym roku upały, od których ludziom we łbach nieco się poprzewraca, roślinność również zgłupieje, trawę świeżo posianą trzeba będzie podlewać, ale to zmartwienie na przykład Zygi, on wysiał, aby zebrać plon, jakieś kwiatki też, no, może synek mu trochę pomoże, on też rośnie jak te tulipany, a może zboże, ledwo wzeszły znad ziemi, a już takie duże, choć w tej pierwszej fazie tak bardzo delikatne, tak bardzo delikatne. Podlewanie, no tak, w sumie to jest nawet fajne. Kiedy byłem dzieckiem, w naszej posesji, posesja, hę, brzmi nieco bełkotliwie, no więc w kamienicy, starej, odrapanej, choć zupełnie niepodobnej do tej, w której teraz żywot mój, więc no ten, cieć był. Cieć ze wsi napłynął z tobołami do wielkiego miasta, a później to i starego moskwicza sobie sprawił, naprawdę starego, takiego z lat pięćdziesiątych, teraz intuicja podpowiada mi, że to był klon niepokojąco przypominający jakieś amerykańskie auto z czasów American Dream, wszystko rdzewieje, tego sztrucla chyba też wreszcie wywieżli na szrot, albo jakiś Edi, albo jeszcze inne albo co, bo ciecia bym o to nie podejrzewał, on był beztroski, rubaszny, jak Rumcajs, nawet żony nie napierdalał chyba, co zresztą wyszło mu bokiem, tak na marginesie marginesu. W każdym razie przed tym kolorowym, dobrotliwym i uczynnym cieciem o fizjonomii Tewji Mleczarza był cieć, a właściwie jeszcze dozorca, o tym wcześniejszym mówiło się z pewnym szacunkiem, bo rano, przynajmniej raz w tygodniu, od kwietnia do września mył szlauchem podwórko, Pewnie zresztą przepisy za komuny to nakazywały, pod rygorem, facet tak sam z siebie tego nie robił, bo z deka leniwy i skryty się wydawał, ale też chyba żony nie napierdalał, zresztą ta kobita była ze dwa razy większa niż on, spróbowałby podnieść rękę, ach jak by mu się odwinęła, to spadłby z tych metalowych schodów, o tam, na sam dół. Więc nie, dozorca tylko mył podwórko, które potem pięknie pachniało mokrą cegłą, ziemią, mury też nabierały głębszego oddechu, potrafiły się odwdzięczyć wytchnieniem. Nawet grubych zasłon nie trzeba było w oknach. System doskonale orzeźwiający. Teraz to wszystko wydaje się nierealne. Jaki dozorca, jaki cieć. Mnie jednak przydałaby się chociaż namiastka, więc może kiedyś na podlewanie do Zygi wpadnę, choć nie powiem mu, że to ersatz, bo zrobiłoby mu się przykro, no proszę, taki duży misiek i też można go zranić. On jakiś taki niedzisiejszy jest, prostolinijna melancholia, która i mnie się udziela. Zwłaszcza, gdy coś bezpowrotnie tracę, gdy coś, co cenię jest nie do utrzymania. Przejść do porządku dziennego? Ano, trzeba, panoćku, nie ma innego wyjścia. Pewne klimaty nie wrócą, wszystkiego nie zdążę zapisać, wiele obrazów wyparuje. Mając nadzieję, że ostanie się chociaż osad na tak zwanej duszy mam dwa wyjścia- zamknąć te drzwi, albo te.

   Kawa bardzo szybko stygnie, wiatr wieje, wstaję więc i idę na dworzec, w podziemiach cały czas pachnie, choć pewnie niedługo przestanie, taki już jego los, na schodach głównych spotykam klona pewnej blondynki z grzywką z past perfect, patrzę na nią intensywnie, ale urok poddtytej mychy nie działa, może to nie ona, a chuj z nią chciałoby się powiedzieć dla zdrowia psychicznego, ale nie za bardzo wypada. Pociąg właśnie nadjeżdża, nie mam czasu na głębszą refleksję, poszukiwanie odpowiedzi, no bo dlaczego do kurwy nędzy ktoś nazwał ten skład „Rzecki”‚, Wawa Wschodnia-Łódź Kaliska, ale jaki Rzecki, chyba niedorzecki, niedorzecznik i niecodziennik Inu jako pierwyj step do babrania się w guanie, Woli i Tysio by pochwalili. Raz w dupę to nie pedał. Uhu.

   Znów w podróży, przemykające za szybą obrazy nie pozwalają mi się zawiesić, szybkie myśli, próby kadrowania tego, co widzę, wiosna wybuchła, wszystko karnie kwitnie, w iglakach soki już też buzująi, to jeszcze nie jest oszałamiający obraz, ale optymistyczny. Oszałamiają za to miejskie klimaty, jakaś poetycko rozjebana rudera, jakieś nieprawdopodobnie kolorowe ciuchy, schnące w ostrym słońcu, wreszcie jacyś panowie siedzący karnie pod trzepakiem, kosztujący piwo, może nawet jakieś lepsiejsze, w sensie Biedry, czy tego dużego sklepu o jakże swojskiej, polsko brzmiącej nazwie „Kaufland”, o czym myślą nasi krzepcy obywatele, o czym rozmawiają, o Helce z drugiego piętra, o naziemnej telewizji cyfrowej, o tych, co muszą tańczyć lub śpiewać w komercyjnych stacjach w szeroko rozumianym prime-time, a może o krzyżu i prezesie wiecznie żywym, choć jednak nie sądzę? I kolejne fascynacje, brakuje trochę zapachów, a koleś siedzący z boku bez przerwy napierdala po holendersku, ale i angielsku przez telefon, ileż testosteronu i ładne, brązowe buty, choć przetarte skarpetki, no, oczywiście też Rolex na łapie, tak na oko z pięć tysia euro, równowartość Leiki M9, oczywiście tylko puszki, nozuch chłopak, na czołg go, go pod, go West.

   Dziś więc ta kolejna podróż, a celem jej spotkanie z cyklu tych beznadziejnych spotkań, z których nic dobrego nie wyniknie, choć może, nadzieja się tli, tyle, że fakty są brutalne, fak-tury? Dobre, tu i Chuck Norris by się zesrał, no ale dobrze, jadę. Nie lubię misji imposybilnych, wolę ciszę i spokój, mimo niepewności, lekkie rozedrganie, ale powyżej pięciu w skali Richtera to ja bardzo dziękuję, ale co to, to nie. Więc to już nawet nie strach, to pewność, że nie ucieszysz się, gdy mnie zobaczysz, idąc z przeciwka, cały czas będziesz za szybą, nawet dłoń będziesz miała chłodną, choć spojrzenie to samo, tam, w jakiejś dziwnej knajpie, tak, siedzę z boku, bo tak wypada, jakże to odległe od, nawet zapachu twoich włosów nie czuję i nie poczuję, czuję za to gulę w gardle, ot, co, może jestem zbyt szczery, może powinienem rozegrać kolejną partyjkę texas hold’em In order to have and to hold, ale co najwyżej hold on. Na koniec grobowy głos spikera, nie, nie w telewizji, na dworcu, nie, nie wiem, ale nie sądzę, abyśmy znaleźli, ja siły, a ty ochotę, a więc zostawmy to, czasami nawet Omar Sharif mówił pas. Czego się właściwie spodziewałem, taki stary, a taki głupi, że co, że czas się zatrzyma? Nie, tęcze też szybko umierają, nawet szybciej, niż nadzieja. Za bezkresną, irracjonalną wiarę we własne możliwości, zresztą, o czym ja tu pierdolę, tego bełkotu i tak nie strawi. Bo nie będzie chętnych. Jakie możliwości. Jest sufit. I guz. Teraz tylko zimny nóż. Byle szybko.

   Czyli wracam obolały. Z lekko podkulonym ogonkiem. Słońce już nie świeci, ale ptaszek kwili, może byśmy więc jednak coś wypili. Jeszcze raz Zyga, nieco na deser. I jego opowieści, przywołujące normalne, zdrowe, chłopskie emocje.

- Wyobraź sobie parę pajaców, którą spotkałem ostatnio w lesie na tak zwanym dukcie. Ona w wysokich szpilach, on w kurtce od Armaniego, nieważne, którego, tyle, że lekko waniał pan, w sensie, że się nie mył. Dialog wartki, ona mówi, że ptaki ładnie śpiewają, na co on, że nie lubi ptaków, ona rezolutnie pyta dlaczego, o on niezmieszany odpowiada, że jemu…. Hałasują, czujesz, kurwa?.

- Niezłe pojeby…

- I dlatego pewnie szczęśliwie żyją.

- A ty?

- Wiesz, że jestem zadowolony z życia, w odróżnieniu od ciebie.

- No dobra, wujek, a jak definiujesz to zadowolenie, to szczęście?

- Hm, to… Czekolada z chilli.

- Czekolada z chilli, nie z pomarańczami?

- Właśnie nie. Ma być czekolada z chilli, tak życie powinno smakować. Może być w płynie, może być w tabletkach. Ewentualnie pieprz i wanilia, jak u Tonego Halika.

   To może w ramach epilogu jeszcze jedno wyznanie z dupy. Tak, jestem szczęściarzem. Może, gdy wreszcie do tego dorosnę, a przede wszystkim gdy zaakceptuję siebie, będę szczęśliwy. Ale do tego jeszcze długa droga. Nie wiem, czy wystarczy mi czasu.


  • RSS