Zrobiło się smutniej, za bardzo refleksyjnie, trzeźwo i na poważnie, aczkolwiek bynajmniej nie koszernie. W piersiach ból, koc, herbata, próby zebrania się do kupy, mimo tej kurwiszonowatej zimy, odbierającej jakąkolwiek wenę, energię, której brakuje nawet na dobrego i konkretnego doktora Kupelweisera. Podejrzewam, że po tych wszystkich latach wokalistka Eighth Wonder zestarzała się równie ładnie, jak Julia Roberts, w uszach pobrzmiewają jednak jakieś ersatze Roisin Murphy, cały sekret w tym, że kiedyś było się pasztetem "Dodo", a teraz, mimo urodzenia dzieciątka dżizas, ładafaka (tak, podobne body zajebałem kiedyś ze sklepu na Marszałkowskiej, nawet kolor się zgadza), kurwa, a w ogóle przewróciło mi się we łbie i młody zarządził, no nie można było po staremu, no i ja to rozumiem, panie Trawiński, ale ja się przechadzam, miasto moje, a w nim, parafrazując dowcip o dwóch porach roku w tym zajebistym kraju, albo chujnia, albo grzybnia.
No więc staram się zebrać, mimo kilku nokautów. Zaruchałbym, ale to wymagałoby przekręcenia kluczyka, tymczasem ja to pierdolę, wszak znów nieprzysiadalność, poklepywanie się po roztytej myszy, foczka ma wszystko w dupie, ale nie, znów o analu, tymczasem nie o to się, panie Janie kochany rochodzi. Janie, Bermudy, a w ogóle czas wpierdolić mydło, wszach z japy jebie, jak z czworaków dziadka żoze. Abstrakcyjne myślenie porzućmy na chwilę, pomówmy o robocie, na chuja wafla mi ta wątpliwa przyjemność, dziennikarstwo, tfu, pan redaktor Traktor, szefie, kawy? Nie, loda. Z ruchomym waflem, rzecz jasna. Redakcja nie ponosi. Nie donosi. Czasami tarmosi. Już bądź. Dziś nie boję się. Wziąć tego, co jest dobre. Bo kochasz mnie ty. Wszelkie prawa zastrzeżone, a za plagiat- spust surówki na ryja w wykonaniu siedmiu krasnoludków.
- Kochanie zmęczone?
- Bardzo.
- Czym?
- Wszystkim.
- Czyli?
- - Świadomością, że niedługo oddam się robocie, która całkowicie mnie pochłonie.
- To źle?
- Dla ciebie tak. Mniej mnie będzie. Obywatela.
- O ile mniej?
- Ot, pięć kategorii niżej.
- Coś ci jeszcze doskwiera?
- Źle mi.
- Bo?
- ...........................................................................
- Przytulić?
- Też.
- Chcesz mnie zerżnąć?
- Yhy.
- W tyłek też?
- Nie powiem nie.
- Mam raka.
- Kurwa mać.
Co mogę powiedzieć, gdy przyjaciel przynosi mi takie nowiny. Ten rok był dla niego dobry. I zakończył się jak widać chujoo. Więc siedzimy na kolejnej kawie, w Łodzi, bo znów zdecydował się mnie odwiedzić tu. Patrzę gdzieś za witrynę, na ładne kelnerki, byle nie znaleźć jego zmęczonego spojrzenia, W tym momencie naprawdę wszystko jest mi ganze jak się piszy gall, gall, a może inaczej, pizda jasna. Nic nie jest ważne.
- Tomek.
- Nic nie mów.
Ma rację. Przecież nic mądrego teraz z siebie nie umiem ot tak wyrzucić. Mam go poklepać po ramieniu, albo wziąć na kolejne pijaństwo? Zresztą, przecie teraz już nie pójdzie. Teraz będzie się czuł jak ten bociek z zoo, któremu z premedytacją podcięli skrzydła. Smutny widok.
- Chuj z chorobą.
- Ta. Chuj z wątrobą.
- Wóda?
- Chuj wie. Raczej nie.
- Jedziemy w góry?
- Po co?
- Łapać ładne zdjęcia?
- Kiedy?
- Dziś. Pierdolę. Choćby zaraz.
- Gadasz jak dawniej.
- No. To jak?
- Zgoda.
Nie chcę stracić przyjaciela. Nie tego.
- Dzwonią, esemesy z życzeniami wysyłają?
- Taaaak- odpowiedziałem, chowając telefon do kieszeni kurtki- Nie mam siły odpowiadać na te wszystke kopipejsty...
- Co zrobiłby doktor House?
- Eeeeeee, no niech pomyślę, może po prostu wyłączył telefon przed świętami?
- Myślę, że może wrzuciłby go do kibla, albo co, w każdym razie nie dręczyłby się specjalnie- stwierdził Z., otwierając auto- Chodź, jedziemy po chleb na wieś. A jak wrócimy, napijemy się wiśniówki.
Pojechaliśmy więc, uśpionymi wiochami, ginącymi w zapadającym szybko mroku. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do niewielkiego miasteczka. Zatrzymaliśmy się przy kościele, Z. wyjął skrzynkę na chleb, tłumacząc, że ma zamówienia od wszystkich sąsiadów. Weszliśmy do małej piekarenki. Ludzi multum, wszyscy czekali na okrągły, lub kujawiaka, whatever it is. Ktoś z tłumu zapytał właściciela: "prezesie, a razowy to będzie jeszcze dziś?", ale odpowiedź nie była jednoznaczna. Wreszcie ekspedientka rzuciła krótkie "już jest". Kolejka zaczęła z wolna topnieć, Pomogłem przyjacielowi wrzucić 6 wielkich, ciepłych bochenków do skrzynki, zapłaciliśmy i wróciliśmy do samochodu. Już było ciemno. W drodze powrotnej jechaliśmy przez jakieś polne i leśne drogi, przypruszone śniegiem. I zrobiło się miło...
- O kurwa, za przeproszeniem, jak ten chleb pięknie pachnie!
- To jest Jurek właśnie zapach nadchodzących świąt....
Łatafaka, łat e bjutiful najtmer, śpiewa bi jonz, odziana w golden kołt, a teraz czarny, romantyczny grubasek jako intermezzo, bo przecież w odwodzie czeka już lejdi gaga, aż strach pomyśleć, że taż ma 23 lata, kurwa, będąc w jej wieku upajałem się piwem Jeleń, zapachem kopert od pierwszej, eeee, no może szóstej ukochanej. No w każdym razie bynajmniej nie myślałem o wygibasach i teatrze dramatycznym, powtórzę się, kurwa. Nie wiem, nie znam się na tym świecie, nie wyrabiam, tempo mnie przerasta, a po kawie z mlekiem z trudem udaje mi się zdążyć na kibel, bo i perystaltyka jelit dalece przekracza ograniczenia moix bodi. Vaffanculo, rzekłbym, gdybym przeżuwał nie ponurą anatemę, a na przykład papardelle z borowikami. Nie wiem, co sądzić o swoim światopoglądzie, nazwanym dziś rano po raz nie wiem który przez sam-wiesz-kogo zgniłym relatywizmem. A przecież tyle dobra czynię wokół, a może zła nie czynię, whatever,who cares wins. Może więc ze względu na to morze dobroci, wylewające się zewsząd, może gdyż albowiem ja pierdolę, może nie może kochaj bliźniego swego, jak siebie samego, no i polityków, panie bzyków, nie, nie jedźmy zbyt daleko, cwał jest dobry jak koniował, zresztą i tak nikt za mną nie nadąży, koduję po chińskiemu, mandarynian sodu, wyrobiłeś styl, wyrazisty, niczym ciosy w krav madze, lub ruchy małego, krępego, uśmiechniętego latino, obracającego samotne, zmęczone sukcesem, korporacyjne laski z korporacji wszelakich w rytmie salsy w tym klubie, co to wiesz, no wiesz. Jakaż perwersja! I ile wzruszeń. Ile łez niepotrzebnie wylanych, boląca kostka, gps pomagający się zagubić w tym smutnym, jak pizda mieście. Nierówności pod kopułą, że tak? No cóż.Pewnie dlatego właśnie wzruszam się, oglądając pana generała u blondynki, co to niedługo będzie siedziała jak nadredaktor ja brzoza, ja brzoza na zydlu. Latte macchiato nie, wielka, czarna kawa z zaciekawionymi, niebieskimi, niesamowitymi oczami po drugiej stronie stolika- z wielką przyjemnością. Pantha rei, patataj, Janie, cygaro, Janie, sam nie wiem, przecież jestem tak bardzo spierdolony, a do tego okazuje się, że wszelkie nasze słowa zapisane są po wieki wieków, niezależnie od tego, ile razy byśmy nie dali wyraźnego reset i delete silnia. A więc: enter.
skomentuj (7)
- Kocham cię bardzo, bardzo, bardzo!- mówi do mnie zasypiając szarooki, czteroletni blondynek.
- Ja ciebie też- głaszczę go po bujnych włosach i całuję w czoło- Śpij dobrze.
Tyle, że w tym momencie nadchodzi otrzeźwienie, zaraz zaraz, jaki synek, raczej dziewczyna, wyginająca się życiowo gdzies tam w Krakowie, niczym Torbicka na rozdaniu złotych kak, czy chuj wie czego. Znów sen na jawie, o co chodzi? Widzę, że nic nie widzę, a może to jakieś promieniowanie kosmiczne, awantura kosmiczna, wszak przyjechałem do jamy lwa, a raczej miasta, od którego cała historia się zaczęła, by nie używać sentencji z niepokalanym poczęciem i tym podobnym.
-Kulka adwokatowa luz.
- Galaretka w cukrze.
- Śliwka, jak ona się nazywa?
- Rola...?
- Tak, to ona na luz jest, po 32.
- Aaaa, już załapałam.
Przerywam tę miłą gadaninę pań ekspedientek w jednym z żoliborskich marketów, uprzejmie pytając o cygara. Niestety, nie stwierdza się. Rad nierad biorę jakieś czekoladki, w zasadzie nie wiem po co, bo przecież nikt mi nie każe nic kupować. Jadę tylko na jedno spotkanie. Tak- aby nie było wątpliwości. Przyjechałem do Warszawy. Nie wiem, po co, ale przyjechałem. Spotkam się z Tomkiem, nikim więcej, bo przecież reszta dawnych przyjaciół bardzo kurwa zapracowana jest.
Poprzednie godziny spędziłem na Powązkach. Tylko to jest stałe. Tam są moi bliscy naprawdę i już. Odwiedziłem ich, zapaliłem im lampki, zostawiłem bukiet wściekle czerwonych róż, porozmawiałem z ojcem, jak zwykle o tym samym, zdałem relację, pokałem mu ładnie odrestaurowanego Longinesa, którego tak lubił nosić. Wszak dostał go od mojej matki gdy się urodziłem...
No więc Tomek. Czeka na mnie w Arkadii, odpychającej, chłodnej.
- Co my tu kurwa robimy?- wzdycham zrezygnowany, ściskając starego przyjaciela.
- Chciałem ci pokazać to miejsce- stwierdza krótko- Ja wiem, co chcesz mi powiedzieć, czuję to samo, obrzydzenie, wyalienowanie. Widzisz tych wszystkich wypicowanych dupków?- pokazuje mi kilku modeli palcem- Ty mi kurwa powiedz, jak oni to robią, że wchodzą prosto z dworu, gdzie leje jak chuj, i takie czyste te swoje buciki ze skóry jaka czy innego dziadostwa?
No więc obserujemy, pijemy kawę, no dość niezłą, nie powiem, komentujemy wygląd lachonów z torbami pełnymi zakupów, jakiż lans, aż boli, doktorze Ojboli, Tomek częstuje mnie jakimś cygarem, może to nie Montecristo, ale ujdzie w tłoku, zresztą niczego wiecej nie oczekuję, dobrze, że znalazł dla mnie czas. Dobre i tych kilkadziesiąt minut spędzonych razem, bez żadnego celu.
- Słuchaj, pani Małgosia przygotowała twój dom na wypadek, gdybyś jednak chciał sie w nim przespać- mówi mimochodem.
- Samochód też umyła?
- Nie wiem, kurwa, a nawet jak, to przecież nie mam pojęcia, czy przez ten czas akumulatora, czy czegoś jeszcze szlag nie trafił.
- Nie będę tam nocował, zarezerwowałem jakis pokój w hotelu.
- Odwieźć cię już?
- No...
A więc jedziemy jego niezgrabną, jak chuj konia terenówką. Pokonujemy kilka skrzyżowań, mijamy te wszystkie budynki, których już nie pamiętam, a może ich po prostu nie było tych kilka lat temu, wszystko solidarnie tonie w deszczu i mroku. Wreszcie stajemy przed wejściem do jakiejś trzygwiazdkowej sieciówki, spuśćmy zasłonę milczenia na jej nazwę, wszak we are Sisters Of Mercy.
- Słuchaj, odwiedzę cię wkrótce. Będę miał dla ciebie mały prezent- zanęca Tomek.
- Aparat?
- Zobaczysz. Poza tym, mam wernisaż na Piotrkowskiej, pamiętasz, jak wtedy robiliśmy trochę fotek w jakiś slumsach, no więc kombinuj kobiety, wino i pijacki śpiew gratis- uśmiecha się, ściskamy graby i po chwili odjeżdża.
Co mi pozostaje. Najchętniej wróciłbym do domu. No nie, nie tu, a tam, rzecz jasna. Zadziwiająco jasna. Czyżby więc eksperyment się udał? Mozna tak się wyrwać z korzeniami? Zdumiewające jednak jest to, jak bardzo ciąży mi atmosfera w wuwua. Szybko wypijam piwo w barze. Co zrobić z wieczorem? A może jednak spotkać się z kimś? Do KR+1l nie mam odwagi zadzwonić. Strach. No bo podwójna garda, tego typu rzeczy. Nie umiem tego wytłumaczyć. Boję się samego siebie. Najnormalniej w świecie się boję, kryzys, problemy z samoakceptacją i świńska grypa. Cóż więc pozostaje. Prysznic, brak ręcznika, kilka reportaży w tv przed zaśnięciem na wąskim i bardzo niewygodnym łóżku. No nie. Nie chcę tu wracać, bynajmniej nieprędko. Tego akurat jestem pewien.
Znowu sny płatają figle, o pogodzie nie wspominając, bo co robić, kiedy deszcz zacięcie zacina na zakręcie. Goci, muchy na stole, trudno złożyć myśli w jedną, logiczną całość. Jesteś przykładem alkoholowej inteligencji, powiedziała mi kiedyś jedna taka, która wielu rzeczy nie rozumiała, ale intuicję miała, że ho ho. W zasadzie miała rację, problem w tym, że nie piję, bo wszystko się nudzi, no ile razy można schodzić do żabki i wymawiać sakramentalne "żołądkową gorzką per favore". Szukam więc podniet, czegoś, co mnie wybudzi z marazmu, jak doskonale rozumiem misie kurwa brunatne, też bym przezimować raczył. I już nawet poczyniłem przygotowania, wagę wydatnie zwiększyłem, futro jakby dłuższe. Tylko te sny... Wytchnienia dajta mi, no na miłość boską, ile razy będę jeszcze przeżywał tamte zdarzenia? Trudno się pozbierać, ale zbieram, te wszystkie kredki, gumki myszki, temperówkę, jedynie Plastuś missing in action. I chuj mu w dupę, nawet 13-go w piątek. Ewidentny spadek formy proszę złożyć na karb garba wspomnień, ale już niedługo recycle bin will be empty, I promise.
skomentuj (5)Ode mnie dostaniesz dziesiątkę, bo jesteś fajny, prosty gość, mówi bez krępacji jakiejkolwiek Zbysiu Wodecki do Radka Majdana w radiu, co ja pierdolę, w "Tańcu z gwiazdami". Opychając się truflami, pijąc ni w pięć ni w dziewięć czerwone wino reńskie, które kupuję zawsze przez pomyłkę, no bo chciałem białe, a tu rosso, a raczej rote, nie mylić z Rote Armee Fraktion, nie mylić też z Urlike, jakże ona wyglądała, ciemne włosy, oczy jak węgielki, uśmiech jak anielica, noż kurwa, jak mocno byłem zakochany, aber zurick bitte, bo zaczynam od trufli, a kończy się na niespełnionej chęci na interwizję, międzynarodowe, interdyscyplinarne ruchanko, no więc muszę powiedzieć to. Muszę. Joanna Brodzik jako Małgosia w domu nad rozlewiskiem, nie wnikam czego, bo przecież kupa z ekranu sączy się dość wartko, jest niczym Angelina Jolie w roli Matki Teresy z Kalkuty, z całym szacunkiem i zachowaniem odpowiednich proporcji. Choć wszystko tak ładnie podane. When I look back I see the landscape that I have walked through. But it is different. To też jest ładne. Jak Morten, niczym archanioł Gabriel, snujący swoją opowieść o życiu i krajobrazach, tak kurwa bezpretensjonalnie, że aż łzy napływają do oczu. Ale może nie trzeba wyjeżdżać do Norwegii. Chwilowo wystarczy wizyta u kolegi (przyjaciela?) w lesie, tak, zazdroszczę ci, ty nie wyważasz otwartych drzwi, a widok małego, czteroletniego blondynka, bawiącego się kolejką elektryczną przemawia mocniej niż fiordy i śpiewające wieloryby. A więc może pora już się zwinąć. Może pora wrócić na swoje śmieci, poszukać w garażu starego grilla, poszukać ostatnich gruszek na drzewie w sadzie. I czas na reklamę. Uwaga na krowy, na telefony, a dobry krem zrobi z waszych pięknych twarzy klopsiki w sosie węgierskim. Rzeźnia numer pięć i pół. Litra.
skomentuj (9)
Tęsknię za Tobą. Jedyne "Ty", pisane bez żadnych wątpliwosci z dużej litery. To wieczne szukanie autorytetów, mądrych, dobrych ludzi. Bo chyba zbyt dużo błędów jak na jedno życie. Wszystko zmieniło się 16-go czerwca. A może nie, nie zmieniło się, Twoje nauki mam cały czas w sobie. Mimo upływu wielu, wielu lat. Mimo, że błądzę, oj jak błądzę. Zdążyłem posiwieć, zdążyłem wejść w niebezpieczny wiek dla obciążonych genetycznie tymi wszystkimi zagrożeniami raka, czy zawału. Może dlatego ni z gruszki ni z pietruszki przestałem palić, w każdym razie zrobiłem sobie od tych przyjemności dłuższą przerwę. No więc trwam. Z różnym skutkiem. Pamiętasz pewnie to opowiadanie, już nie pamiętam tytułu, lustro, łazienka, takie to było młodzieńcze, przejmujące, z serca. Potem plany związane z projektem pt.: "O chłopcu, lubiącym śnić"... Czemuż ja tego nie skończyłem, tylko uwikłałem się w inne gierki, gierki życiowe i takie tam... Wszak pomysł był chyba dobry...
No więc tęsknię. Siedzę w kuchni, czekam, aż zaparzy się herbata, tak, w tym starym, złotym czajniczku... Primary colours. Or secondary. I Metz z audycją, w której puszcza utwory, które słuchacze wybraliby sobie na swój pogrzeb. Hm, i tak nikt nie przebije Waldka, to wyjście z kościoła, I Feel You, wielki wstrząs. To był dobry wybór. Tak samo, jak trzecia część Pierwszej... Dziś już nie wiem sam, co bym wybrał. Może ciszę, wszak cieszmy się tą cholerną ciszą. Wokół nas.
Tęsknię. I mimo, że w tym roku na Powązki nie dotrę, to przecież jestem z Tobą myślami na okrągło...
A gdybym był młotkowym, w fabryce z młotkiem szalał, to co byś powiedziała, czy coś byś przeciw miała? Jak znam życie, powiedziałabyś: "pierdol bonia". Tymczasem graliśmy. Chyba byłem nieco znudzony, zmęczony, nie w formie, bo to i tamto, A ty przypominasz czarnulę z teledysku "It's No Good", klasyczna blaza, ładne cycki, zgrabny tyłek. Niewiele o mnie wiedziałaś, wydawałąśe się tym niezbyt zainteresowana. Przyszłaś znów do mnie, nie wiem, po co, aby pogadać, wspólnie napruć się, wciągnąć kurz, powspominać, ale kogo i czego, nie rozumiem. Częstowałem cię nalewką, oczywiście smakowało ci, potem piliśmy, co wpadło nam pod rękę, denerwował mnie nieco twój doskonały nos, trafiałaś na najlepsze trunki z mojego barku, piłaś jak jebana smoczyca w ciąży, trzymałaś się jednak doskonale. Po jakimś czasie, siedząc mi już na kolanach, bawiłaś się moim IWC, na szczęście nie zdając sobie sprawy z jego wartości. Pytałaś się, co ja właściwie w życiu robię, a przeciez prawdy nie zamierzałem ujawniać, nie chciałem ci opowiadać o moim warszawskim domu, o bibelotach i didaskaliach, które nie zmieniają całokształtu, jest nudno jak sto skurwisynków. Mówiłem więc coś o zagubieniu, standardowa gadka szmatka, jak zawsze starałem się, więc położyłaś swoją umęczoną głowę z pięknymi, ciemnymi lokami na moim ramieniu, od niechcenia snułaś wspólne plany, że może byśmy coś, bo przecież obojgu przydałaby się stabilizacja, a jak zaczniemy oszczędzać, to sobie może nawet jakiegoś za przeproszeniem Chevroleta Aveo kupimy. A potem jest niesamowity seks, który sprawił, że nabrałem realnej ochoty na wprowadzenie utopii w życie. Piękne reakcje, wspaniały feedback na dotyk, dawno nie było mi tak dobrze i hole to feed. Więc jakież było moje zdziwienie, kiedy już następnego dnia, w towarzystwie swojej kolezanki, jakiejś jebanej bombki choinkowej z toną brokatu na pyszczku powiedziałaś mi w tej knajpie, że strasznie późno, że zasadniczo mam się nie wygłupiać, a w ogóle pijana byłaś i nic z tego nie będzie. No cóż, chuj, pokój z tobą. Jakoś odchorowałem. Nieco więcej alkoholu, niż zwykle, awantury kosmiczne, pyskowanie nad ranem, chęć na niezobowiązującą bójkę z jakimiś pijaczkami, a potem zlew i rzyg total z drzemaniem wokół muszli klozetowej na chłodnej podłodze.
I wierz mi. Mimo wszystko, po tych niezbyt przyjemnych zajściach, gdy po jakimś czasie usłyszałem twój głos w słuchawce, opowiadający mi o jakiś andronach, ach, jak ci jest tam dobrze, a w ogóle jesteśmy kumplami, tobie sie powodzi i wishful thinking, no więc miło mi się zrobiło. I jakoś ckliwie. Bo chociaż na chwilę dałaś mi przeświadczenie, że traktujesz mnie całkiem serio.
Najpierw grypa, potem komplikacje pogrypowe, a na końcu rondo vivace w postaci dwudniowej sraczki, spowodowanej nietolerancją na antybiotyk. Jakże zabawnie. Ubaw jak sto chujów, więc rozleniwiony i z deka odwodniony siadam do klawiatury, loguję się na jakimś chacie, wpisuję nick "Ładna" i rżnę głupa, jakobym fajna, zgrabna, 35-letnia, znudzona, pod kocem leżąca, sącząca wino, o przepraszam pana, akurat to się zgadza, no więc czekam na anonse, buhaha, już nicki absztyfikantów przyprawiają o zawroty głowy, trudno cytować, te wszystkie chuje, spermobuchacze, czy też łóżkosikacze, bój się, bój, o ja pierdolę, o ja cię, a co ty mi chcesz sprokurować, przyszłem wczesniej, gdyż nie miałem co robić, ty mi Staszku wannę przepchaj, o, a ja taka i w ogóle. Jak nie chamski podryw, to spowiedź lachociąga męskiego, co to lubi brać w dupę i ładować również, sam nie wie, potrzebuje konfesjonału, chce zadzwonić i usłyszeć, żem kobietą, a nie jakimś onanizującym się, podtytym kutasiną. O dziwo, podaje nawet numer telefonu, przez chwilę zastanawiam sie, czy w tę grę nie wciągnąć nastoletniej sąsiadki spod 17-go, ale nie, może za dużo by sobie pomyślała, więc spierdalka. Po chwili jeszcze jakiś zbok, podający sie za 19-latkę, którą zapina jej koleżanka, co to ma pas z wibratorem, używa jakiś specjalistycznych określeń i dopytuje mnie o lesbijskie doświadczenia. Schizofrenia w wykonaniu Filemonka Bezogonka. Jakież to wszystko nudne, wyłączam komputer, nalewam do kielicha jakiś rum, niestety dobrego cygara brak, ale może Tomek przywiezie coś zacnego następnym razem, kiedy wreszcie wyrwie się z tej pierdolonej stolycy, odbierze nowiutką i pachnącą M9 made in Germany. No, albo nakłonię Zygę, jak tylko znów zaprosi mnie do lasu. Mogę nawet pograbić liście wokół domu. Byleby za tym wszystkim stała odrobina adrenaliny. Bo już nie chcę oszukiewać. W imię zasad, skurwysynu.
skomentuj (9)
To już moje trzecie nagranie. Ooooo, to ty już gwiazda jeteś, więc powiedz, jak zachowujesz się na pierwszej randce? Ja to przykładowo piwko piję, opowiadam dowcipy... A za rączkę kiedy? To już po pierwszej randce. A całujesz się na pierwszej randce? Nie powinienem, ale. A seks uprawiałeś po pierwszej randce? Seks? A ja się seksu boję. A w ogóle to mi się przypomniał jeszcze inny dowcip. Co robi pająk nad szklanką wody? Nie wiesz? Myśli jak się spuścić, żeby nie wpaść. No dobra! Michał pokazał wam, co tylko mógł. Aż żal nie byłoby umówić się z takim chłopakiem. Basia jest na tak. Ewelina na nie. Dominika? Na nie, bo jest dotknięta dowcipami o blondynkach. Agnieszka? Nu nu. Weronika? Nie lubi piwa na pierwszej randce, więc wypad z baru. Kurtyna. Jako post scriptum stwierdzenie faktów. Im się tak podobało, że aż piszczały. Jako PS PS-a, lub PMS-a inne złote myśli. Dla mnie wielkość, znaczy postura w sensie jest synonimem obrony, lubię wyższych facetów, żebym mogła szpileczki załozyć. To jeszcze nie koniec programu, o dziwo. Tylko chwila reklam. Oddechu. Tylko co to za oddech, gdy atak astmy atakuje.
W zasadzie mógłbym jeszcze tak długo, dziamdziać i narzekać, bo oglądanie telewizji zadziwia mnie coraz bardziej, nie potrafię się już nawet zaśmiać pod nosem, lub ironicznie stwierdzić: "tia, kurwa". Lista dialogowa, ja to pierdolę, dziś jestem w nastroju nieprzysiadalnym, więc tempranillo, spierdalaj gnoju, dom nad rozlewiskiem, tak, kolejna chała jak sto skurwysynów, chcę się ubabrać w gównie, daj mi spokój, ja nie mam ochoty i zastanawiam się, co jest bardziej fałszywe, moje pozy, moje zycie, jedno wielkie oszustwo, bynajmniej niemałe, nie nie, o nie panie Marcinie, o kurwa, nomen omen, ach, wy poeci, jak zawsze trzeźwi jak świnie, deszcz zaczyna padać, to się faktycznie nawet nieźle składa, idę się odlać, a potem po dolewkę. Nihilizm? No i chuj.
Jakaś rozleniwiająca impreza quasi-artystyczna, młodzież tańczy do piosenek Lennego, mało kto zna się na dobrym rocku, ale odpuszczam wam, bo skąd macie znać nie przymierzając Soft Machine, lub inne takie. Oglądam kiwaczki, sączę wódkę z lodem z szerokiej szklanki, zasadniczo jest tak, jak być właśnie powinno, ale podchodzi do mnie Krzysiek P., jakżeż dawno go nie widziałem. Pijemy więc, kolega z minuty na minutę bynajmniej nie trzeźwieje, lecz pogrąża się jeszcze bardziej, mówi coraz wolniej, aż wreszcie odczuwam, że ma mi coś do powiedzenia, więc walę wprost, człowieku, kawa na ławę, bo zaraz pójdziesz rzygać do kibla (chwilowo zajętego, gospodarz przecież musi sobie ulżyć, spuścić z krzyża, whatever, nie mylić z pogodą i pogodynką). No więc słyszę, słyszę, ale jednak uwierzyć nie mogę, Krzysiek wraca do zaszłości, do starej historii, po której nie ma sprawy..., jak ta piosenka szła, ale może bez nadmiernego ekshibicjonizmu, no więc mówi mi, że po tym, jak przyszłaś do mnie po raz ostatni, no więc wiesz, w ciąży byłaś. I w zasadzie mam ochotę odepchnąć pijanego kotlesia, co też ty kurwa mówisz, do jebanej cholery, jaka ciąża, przecież rozstaliśmy się w kulturalnych, cywilizowanych okolicznościach przyrody, odmówiłem współpracy, więc przyszłaś dnia siódmego z postanowieniem zabrania swoich rzeczy, lecz wcześniej spytałaś przez telefon, czy aby na pewno to jest ten ostatni raz. A bo co, obruszyłem się, a ty ze spokojem odpowiedziałaś, że w zasadzie nic, tylko że chciałabyś mnie zapamiętać. I przyszłaś, spojrzałaś niby bez emocji, a potem rozebrałaś się przede mną w milczeniu (pamiętam tylko ładną, czarną bieliznę), dosiadłaś mnie na wygodnym, głębokim fotelu że tak powiem do imentu, chociaż co to ma za znaczenie, robiłaś to z namysłem, kochałaś się ze mną tak, aby faktycznie zapamiętać, aby być zapamiętaną, tak, trudno faktycznie wyrzucić to z memory, find i Siara, dreszcz emocji, orgazm jak z nut, ale bez późniejszych przytulanek, etc, bo od razu spytałaś, czy aby na pewno był to the last time. Był. Jakżesz zdecydowany i konsekwentny się okazałem, jeszcze raz muchos gracias i macho skurwisynek. A teraz ten łach mi mówi o twojej ciąży, o moim domniemanym dziecku, które nie miało okazji przyjść na ten świat, boś się go pozbyła. Zemsta zza grobu niepamięci? Trudno sobie to wszystko wyobrazić, przeklinam cię za to wszystko, nie wiem już sam kurwa, może w ten sposób, rzucając hasa wąglasa uderzasz najcelniej, jak potrafisz. Uderzasz tak, abym żałował, cierpiał, myślał, co by było, gdyby. Czy byłaś w ciąży? Nie sądzę, ale nie mam możliwości weryfikacji... A jeśli byłaś?
skomentuj (12)
No fakt, byłem najebany jak jeżozwierz, do tego kolega dziennikarz napomknął, że masz "wybiórczą amnezję seksualną", więc pomyślałem, czemu nie do licha ciężkiego. A licho już nadchodziło, na tej imprezie, małe mieszkanko, jakaś parapetówka dziennikarza, któremu wreszcie się udało uskładać na własne emdwa, ewentualnie trzy. No więc lichem był twój były narzeczony, obecnie jakiś lokalny oberkacyk, no, wejście miał dobre, trzylitrowy czarny Janek, piona, uścisk, jakiż luz, ojdadana, no i czarny piotruś z nieznajomą, no słowem szybko mu jakoś poszło z sympatyczną brunetką. A ty trzymałaś się dzielnie, patrzyłas na to, może postanowiłaś się odegrać, dość powiedzieć, że jakoś tak nagle znalazłaś się blisko mnie, pocałowałaś, po czym zaczęłaś mówić, dużo, ciekawie, kolorowo, wszak rozmówczynią jesteś wspaniałą, no więc co robimy, a może do mnie- zaproponowałaś i nie czekając na odpowiedź zadzwoniłaś po taksóweczkę, chwila pięć, schodziliśmy raźnym krokiem, pani Potrzeba, taaaaak, taksóweczka czeka, ale ja nie zamawiałam, nie pamiętam, jak długo jechaliśmy, twoja klitka, twoje ambiwalentne perfumy, twoje spojrzenie, herbata, kawa, terefere, w pewnym momencie poszłaś do łazienki, aby wyjść z niej po chwili w koronkowej haleczce, chciałaś mi zrobić loda, aby przejść później do konkretów, ale byłem zbyt pijany, troszkę całowałem ci cycki, ale no naprawdę, ile można, więc usnąłem, strudzony wędrowiec. Chyba się nawet nie zraziłaś, bo rano byłaś miła, poszliśmy nawet do jakiejś knajpy na śniadanie.
Tylko, że później jak zwykle za dużo didaskaliów, zbyt głupio, moje próby sprawienia ci przyjemności, kilka następnych spotkań, podczas których pytałaś coraz bardziej nerwowo, czego tak naprawdę od ciebie chcę, a ja, że nic, no i w koło Macieju. Ostatnie spotkanie u mnie, chyba chciałaś mi powiedzieć coś o uczuciach, a może nawet mówiłaś, szlochając i kuląc się przy drzwiach, chcąc i nie chcąc uciec... Mówiłaś o moich opowiadaniach, że chcesz je wydać własnym sumptem, że chcesz to i tamto. Ale ja już podjąłem decyzję. Game over, koniec kredytów i nie ma od kogo pożyczyć piątaka.
Ciężko uwierzyć w prawdziwe intencje, w honesty of main characters, skoro jedna laska w masce mówi do drugiej, aby było śmieszniej- również okutanej na buzi w jakieś czerwone paskudztwo, no tak, straciłaś swoją osobowość, po czym zabiera się dziarsko do brandzlowania rzeczonej, coby pokazać, jak nisko można upaść, o tak, liż mnie, ssij moje soki, które mechanicznie, co kilka minut potrafię uronić na twoją twarz, o tak, przecież jesteś zwykłą dziwką, ale przy mnie się wyzwolisz, poznaj Staszka, co to cię mocno wybatoży, jak trzeba, wszędzie wejdzie, Pan Wiertaczek już zabiera się do roboty, jeszcze tylko Pani Maska podleje to kilka razy złotym deszczem i innymi wiktuałami, będą ochy, achy, spust surówki, a potem to już tylko zdjąć maski i się uśmiechać, bo przecież reżyser również happy end zaplanował, a skoro tak, to czemu się nie wzruszyć, taka to łzawa historia. Kurwa mać, ale wszystko jest możliwe, tak jak na Ślunsku (tym razem nie w Łodzi), gdzie to dwie powabne dziewice lat siedemnaście zabawiły się w remake "Nagiego instynktu", był więc facet, co to seks z dwiema nastolatkami together uprawiać chciał, a te go rozebrawszy, przywiązawszy do łózka, oczy przesłoniwszy i nuż bierz nóż, raz ciach ciach, nawet zabawne, jakież spełnienie, mega-orgazm na do widzenia, pięknie, isn't it? Tak samo jak porady wujów-dobra-rada, jasne, zamknąć małe dziwki, niech zgniją w pierdlu, najlepiej pod celą ze zgrają zboczeńców, na deser najlepsze, cytując za niedoścignionym (ą) cbn: "chciałbyś pierdziochu. to twojej maciorze wyłażą wałki i włochy zza ubrań. idź powyciskaj jej pryszcze na dupie... Żaden normalny facet nie ogląda się za zbyt młodymi dla nich dziewczynami, albo jak zerka to tak, zeby nie było widać. Powyżej 50tki to do piachu dziadki!!!". To wszystko z baaaardzo poważną debatą na temat internetu, cenzury, moderacji i tym podobnych w tle. Ileż ważkich głosów w dyskusji... W zasadzie chętnie bym się teraz zaśmiał serdecznie, lub wzruszył ramionami, ale drżę o siebie, strach przed tymi cholernymi bólami w klatce jakoś się nasilił i Bóg raczy wiedzieć, na co jeszcze czekam. Może na kolejny uśmiech pożegnalny blondynki, ale to chyba se ne vrati.
- Dzień dobry szanownej i miłej pani!
- A witam pana... Co dziś?
- Zestaw kawalerski poproszę.
- To znaczy?
- Jacka Danielsa i Marlboro.
- O, to ładny zestaw, coś jeszcze?
- Nie, dziękuję. Zestaw kawalerski wystarczy. Przynajmniej na ten wieczór.
- Szkoda...
Następnego dnia.
- Dzień dobry!
- O, dzień dobry! No i jak się udał wieczór?
- No, był Jack Daniels, kostki lodu tak miło brzęczały, było Marlboro, była resztka lodów Vienetta i dobre kabanosy...
- To ładna mieszanka...
- A na deser dobry film na DVD.
- Wolę inne desery...
- Hmmm...
Zygmunt zaprosił mnie dość niespodziewanie, naprawdę się zdziwiłem. Spotkaliśmy się wcześniej wprawdzie wiele razy, ale nigdy na dłużej, można powiedzieć, że nasza znajomość była w fazie wznoszącej. Oczywiście, to i tak sukces, biorąc pod uwagę fakt, że zasadniczo z przyswajaniem nowych ludzi miałem pewne problemy. Ale z Zygmuntem jakoś nie, problemów nie było. Młodszy ode mnie, siwiejący facet, strojący miny, lubiący muzykę, fotografię, mający niezły dystans do wszelkiego kurestwa, którym akurat ja nie przejmować się nie potrafiłem. Gadało nam się dobrze, cieszyliśmy się na swój widok, jednak zaproszenie do niego do domu to był ten krok naprzód, ja z pewnością nie zdobyłbym się na coś takiego pierwszy.
No więc zaprosił, do siebie, do lasu gdzieś pod Łódź, bo synek gdzieś na wakacjach, żona zrobiła coś dobrego do jedzenia, a on chętnie by z kimś pogadał i po prostu spędził czas. Ładna okolica, zajechałem tramwajem, potem trochę z buta, ale nie na tyle, aby ostudzić pozytywne nastawienie. Biały dom w lesie, ładny trawnik, w zasadzie ładne wszystko. I wyluzowany gospodarz, który na wejściu powitał mnie tymi słowy: "No kurwa, nareszcie".
A potem jedliśy coś dobrego, faktycznie D. przygotowała coś, co bardzo mi smakowało, Zyga nie pił, ja sączyłem jakieś smaczne wino. Około 20-tej wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na wieś nieopodal, do małej piekarni, gdzie mój kompan kupił wielki, ciepły, okrągły bochen chleba. Wokół krążyła burza, wracaliśmy jakimiś bocznymi drogami, gadając o wszystkim i o niczym...
Wróciliśmy do lasu, chleb pachniał tak niesamowicie... W radio Metz puszczał koncerty Radiohead, a my cały czas o dupie Maryni. Bez uwzniaślających dyskusji na temat kobiet w naszym życiu i to bynajmniej nie w związku z obecnością D., która swoją drogą musiała trochę popracować nad jakimiś papierzyskami, więc w pewnym momencie ciepło sie z nami pożegnała. Całkowite wyciszenie, poprzez dopuszczenie do siebie tych wszystkich elementów dnia powszedniego. Jakie to ożywcze. I nawet dałem się namówić na obejrzenie jakiegoś ckliwego gówna na dvd, czego nie robiłem od dawna, ot- tego dnia pasowało wszystko. Nawet spacer po okolicy już prawie koło północy, na prawie-trzeźwo, po tych wszystkich leśnych duktach, nieco zmytych poprzez fefnastą nawałnicę w tym roku. Zygmunt wystarał się o dwa dobre Montecristo i zacną piersiówkę Jacka Danielszczaka, patrzenie na pędzące nad nami chmury, podglądanie sąsiadów przez płoty, no słowem naprawdę jakaś odmiana, która spowodowała, że coś odżyło. Może na do widzenia, kiedy już wreszcie podjechała po mnie taksówka, nie potrafiłem za to wszystko werbalnie podziękować, ale Zygmunt chyba wielu rzeczy się domyślił, bo to coś dostrzegłem w jego twarzy. Dość powiedzieć, że zachęcił mnie do rewanżu...
Piękne burze przetaczają się wokół, temperatura trudna do określenia, wszystko już dawno przestało być wieloznaczne, bo po prostu stało się obojętne. Z zasady to kwasy, ale nie tym razem. Ph obojętne. I nie silmy się na altruizm, za bardzo boli mnie serce. Znowu odstawiłem alkohol, seks ograniczony do minimum, bo przecież i on jest tak bardzo trywialny i wobec poważniejszych tematów nijaki. Trochę papierosów, ale też nie za dużo, bo widmo zawału, zatoru, czy też zalewu krąży po mediach. Innymi słowy- nie, nie jestem Mistrzem. Nie mam inklinacji, nie mam ambicji, nie mam siły. I proszę sobie to wybić z głowy. Nie dorobię więc kluczy. Nie, bo nie.
I właściwie to chuj wie, po co jeszcze żyję, skoro tak niewiele czuję.
14 XII 5199
Wiek średni. Wiek młodzieńczy. Europa. Europa. Ptaszki ćwierkają, gdzieś dalej szemrze strumyk. Mnóstwo zieleni, małych zwierzątek, ach, jak ja kocham to wszystko! Kręcę się wokół samego siebie, rozpościeram ręce, słońce miłe, pozwól mi już teraz paść na dorodne żyto! Cicha kontemplacja, podgryzanie trawek. Wzrok wędruje od dłoni w kierunku nieznanego i zawsze trochę strasznego lasu. Zielona puszcza zdaje się być z wiekiem coraz bardziej pokorna. Niezmordowane pająki, które za każdym razem skraplają mgłę dla czyżyków. Porywające przedstawienie życia, ogrom zbliżającej się chmury, z której prędzej czy później zstąpi na ziemię piorun. Dostojeństwo wichury i pierwszych kropel deszczu; uśmiechnięty narzucam na głowę marynarkę i zbiegam polną drogą w dół. Już za chwilę zobaczę wieżę kościoła na ryneczku, inne budowle wzniesione przez geniuszy i ich ręce.
Ależ w miasteczku tętni życie! Kum, kum, dwie kumoszki wymieniają uwagi. Fryzjer goli panów w średnim wieku, czytających z niezmąconym spokojem wczorajsze gazety. Sąsiadka z przeciwka, opasana białym fartuchem idzie drogą, objuczona wiklinowymi koszykami. Bednarz reperuje koło powozu jakiegoś bezimiennego, bogatego przejezdnego. Dostojny ksiądz idzie szybko w kierunku zakrystii. Nie wiem po co, bo oto po lewej zauważam córkę rymarza, średniego wzrostu blondynkę, na której okrągłych policzkach zawsze tak samo wzruszająco mieni się słoneczko. Spuszcza na mój widok swoje (ktoś mi mówi „dzień dobry”- na chwilę muszę odwrócić głowę) szare oczy. Ale oto i przede mną już znajomy dom. Co mnie czeka w środku? Czy jest pięknie, czysto, odświętnie? Z pewnością- wszak dziś uroczystość, podniosła uroczystość dla naszych dusz!
Dlaczego wybraliśmy akurat taki kolor desek na trumnę? Ciężko szukać przyczyny w chwili, gdy rusza kondukt pogrzebowy. Czarne woalki, dłoń przy dłoni, spojrzenia w Niebo, spojrzenia w siebie. Żałosne dźwięki wydobywające się z rozstrojonych skrzypiec idącego za nami grajka. Kołysanka dla najbliższych. Do orszaku dołącza coraz więcej nie znanych mi ludzi. A przecież mogło być zupełnie inaczej! Proszę, aby te dwie piękne i dumne Żydówki nie płakały. Zakręt przy murze cmentarnym. Z oddali rozlega się nostalgiczne bicie dzwonów. Pozostaną te pierwsze fotografie, jako pamiątka po. Zabili geniusza, który jednak w dużym stopniu zasłużył na swój los. Garść piachu, sucha słoma popędzana przez wiatr, coraz bardziej pożółkłe liście. Płacząca głośno lipa; gdyby tylko mogła, poszłaby w kierunku morza. Zacierają się obrazy. Akustyka grobowca, zwróconego zawsze w tym samym kierunku. Róża wiatrów pogubiła kolce. Kraniec wspólnoty. Wilgoć spalająca jeziora spala też i ziemię.
Wiedziałeś, że tak będzie. Burza, niczym Sąd Ostateczny rozwiewa ukrywające się w zakamarkach wątpliwości. Gorący piec w tle, dorzucanie drewna do ognia, ogrom pokoi, bicie kropli o szyby, za wysokie parapety. Już czuję, jak zakończy się ten świat. Piękne zjadliwą pięknością piękno, zamyślanie kilkunastu minut, powściągliwość tej krzątającej się po domu kobiety. Na dywanie bawiący się, jeszcze nic nie rozumiejący mały szkrab. Serce rośnie, gdy nie widać szczegółów. Wspomnienia o okrągłym stole, za którego którymś rogiem czaił się demon. Partytura na kolanach, fala dźwięków już prawie naprawdę słyszana. Taniec świętego Wita, w którym jednak ukryty jest jakiś sens. Trąby archaniołów, napisy końcowe. Coś bardzo mocno drąży mnie od środka. Kocham mające zaraz nastąpić wyciszenie. Uspokój się losie, miej na względzie babcię Łaskę. Pieniądze, praca, ukochana. Dopłyńmy kiedyś do rozwidlenia rzek, dajmy się skusić ciemnej otchłani! Abstrakcja kolorowa, aberracja chromatyczna. Przedłużyłem tę chimeryczną historię, aby dostać medal, kolejny medal za wytrwałość. Oj, musi minąć jeszcze dużo czasu, zanim wrzucę do tamtej studzienki pieniążek na szczęście. Grzechem przesądzać o finale, ale to już teraz. Wzruszenie odbiera mi mowę, wybuch skojarzeń, dlaczego nigdy nie widziałem zawartej w tych taktach wielkiej mądrości? Kładę nacisk na miłość. To dlatego jeszcze w ogóle cokolwiek piszę.
Kieruj swe kroki tam. Nie zginąłeś na marne, Gustawie.
- Czy jakakolwiek lektura wzruszyła cię kiedyś do łez?
- Nie... A ciebie?
- Zdarzyło mi się to dwa..., nie, trzy razy w życiu. Pierwszy raz wtedy, gdy kończyłem "Chłopców z Placu Broni". Byłem mały, ufałem w sprawiedliwy świat, że się tak wyrażę... Pamiętam jednak, że gdy zamknąłem tę książkę, łzy same napłynęły mi do oczu... Wtedy mogłem podzielić się swoimi emocjami z rodzicami. Płakałem jak bóbr, a oni mądrze powiedzieli, że to cudowne, iż lektura wzbudza u mnie takie emocje...
- A drugi raz?
- Drugi raz był zupełnie inny. Kilka lat temu zamówiłem w księgarni anglojęzycznej "Finnegans Wake" Joyce'a. Po miesiącu dostałem to co chciałem. Chłonąłem, nie rozumiejąc tak wiele... Ale przy wersie..., jak to szło: "Oh tell me about Anna Livia, tell me now, tell me all...", łzy pojawiły się same.
- No ale właściwie czemu...?
- Nie wiem... Może dlatego, że wyobraziłem sobie ślepego pisarza. Z tego, co pamiętam, Joyce kończąc tę książkę, zresztą po jakiś dwudziestu latach orki, faktycznie niewiele już widział. Oni wszyscy mają ten cudowny słuch literacki, ci niewidomi autorzy, no zobacz Borgesa... W przypadku tej akurat frazy Joyce'a, która opowiadała jednocześnie o kobiecie i rzece, poczułem siłę wyobraźni autora, włożoną w słowa, siłę przekazu, wybacz, nie potrafię lepiej tego ubrać w słowa...
- A ostatnio co tak cię poruszyło?
- Jest taka książka Malickiego... Nazywa się "Wszystko jest". Tam rzeczywiście wszystko jest... Znasz?
- Nie.
- To ci nie opowiem. W każdym razie fragment, w którym narrator wrócił do domu i zobaczył, że jego wierny przyjaciel- pies- nie zareagował merdaniem ogona na jego przyjście, wywołał wiele szczerych, smutnych, ale też oczyszczających łez...
- Wrażliwiec.
- Aha, tytułem dopowiedzenia muszę ci się zwierzyć z jeszcze jednej rzeczy. Zawsze płaczę na końcówce filmu "Armageddon".
- ???
- Tak, to to gówno z Brucem Willisem.